Gość (37.30.*.*)
Wyobraź sobie, że kupujesz nową grę planszową, otwierasz instrukcję, a tam w kluczowym punkcie czytasz: „szczegółowe zasady poruszania się po planszy zostaną określone w osobnym dokumencie, który wydawca opublikuje później”. Brzmi irytująco? W świecie prawa takie zjawisko to codzienność i nosi nazwę blankietowości. Choć brzmi to skomplikowanie, w rzeczywistości odnosi się do konstrukcji przepisów, z którymi każdy z nas styka się niemal codziennie.
Blankietowość prawa (a dokładniej: stosowanie norm lub przepisów blankietowych) to technika prawodawcza, w której dany przepis nie reguluje danej kwestii samodzielnie i do końca. Zamiast tego tworzy on jedynie „ramy” lub „czysty blankiet” (stąd nazwa), który musi zostać uzupełniony przez inny akt prawny – najczęściej o niższej randze, np. rozporządzenie ministra, zarządzenie czy uchwałę rady gminy.
Przepis blankietowy mówi nam zazwyczaj: „ktoś musi przestrzegać określonych zasad”, ale po to, by dowiedzieć się, jakie to dokładnie zasady, musimy sięgnąć do innego dokumentu.
Wyróżnia się dwa główne rodzaje blankietowości:
Na to pytanie nie ma jednej, prostej odpowiedzi. W teorii prawa blankietowość uważa się za zjawisko neutralne – jest to po prostu jedno z narzędzi techniki legislacyjnej. To, jak je oceniamy, zależy od tego, jak i gdzie zostanie zastosowane. Może być zarówno zbawieniem dla systemu prawnego, jak i ogromnym zagrożeniem dla praw obywatelskich.
Aby lepiej to zrozumieć, przyjrzyjmy się konkretnym przykładom z polskiego systemu prawnego.
Artykuł 220 Kodeksu karnego mówi, że odpowiedzialności karnej podlega ten, kto będąc odpowiedzialnym za bezpieczeństwo i higienę pracy, nie dopełnia wynikającego stąd obowiązku i przez to naraża pracownika na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.
Gdzie tu blankietowość? Kodeks karny nie wymienia setek tysięcy obowiązków BHP (np. jak zabezpieczyć rusztowanie, jakich rękawic używać przy kwasach). Odsyła on w ten sposób do Kodeksu pracy oraz setek szczegółowych rozporządzeń dotyczących konkretnych branż.
Wiele przepisów dotyczących kierowców ma charakter blankietowy. Na przykład przepisy zakazujące poruszania się pojazdem, który nie spełnia warunków technicznych. Same warunki techniczne (jaki musi być bieżnik opon, jakie światła są wymagane) nie są wpisane do ustawy, lecz do rozporządzenia Ministra Infrastruktury. Dzięki temu, gdy na rynku pojawiają się nowe technologie (np. nowoczesne systemy oświetlenia), minister może łatwo dostosować do nich przepisy bez angażowania całego parlamentu.
W czasie pandemii COVID-19 rząd wprowadzał liczne zakazy (np. przemieszczania się, prowadzenia działalności gospodarczej) za pomocą rozporządzeń, opierając się na ogólnych przepisach ustawy o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi.
Sądy masowo uchylały kary nakładane na przedsiębiorców i obywateli, argumentując, że ustawa zawierała zbyt szerokie, blankietowe upoważnienie. Ograniczanie podstawowych wolności konstytucyjnych (takich jak wolność gospodarcza) za pomocą rozporządzeń wydanych na podstawie „blankietu” zostało uznane za złamanie Konstytucji RP.
W polskim systemie prawnym strażnikiem tej granicy jest Trybunał Konstytucyjny. Wielokrotnie podkreślał on, że blankietowość nie może iść zbyt daleko, zwłaszcza w prawie karnym oraz tam, gdzie w grę wchodzą prawa i wolności obywatelskie.
Zgodnie z orzecznictwem, ustawa może zawierać odesłanie blankietowe, ale musi samodzielnie określać zarys (rdzeń) czynu zabronionego lub nakładanego obowiązku. Niedopuszczalna jest sytuacja, w której ustawa daje urzędnikom „ślepy mandat” do decydowania o tym, co jest przestępstwem, a co nie.
Podsumowując: blankietowość prawa jest jak sól w kuchni. Użyta z umiarem i w odpowiednich miejscach (np. przy przepisach technicznych) pozwala systemowi prawnemu sprawnie funkcjonować. Jednak jej nadmiar, zwłaszcza w prawie karnym i przepisach ograniczających nasze wolności, może całkowicie zepsuć zaufanie obywateli do państwa.