Gość (83.4.*.*)
Relacje dyplomatyczne między Polską a Stanami Zjednoczonymi od lat opierają się na silnym sojuszu militarnym i gospodarczym, jednak sfera wartości światopoglądowych bywa polem do gorących dyskusji. Jednym z najczęściej powracających tematów jest zaangażowanie amerykańskich dyplomatów w obronę praw osób LGBT+ w Polsce. Dla jednych to wyraz dbałości o uniwersalne prawa człowieka, dla innych – przejaw podwójnych standardów. Aby zrozumieć, skąd bierze się ta druga opinia, musimy przyjrzeć się fundamentalnym różnicom w prawie obu państw oraz specyfice amerykańskiej wolności słowa.
Ambasada Stanów Zjednoczonych w Warszawie, szczególnie w ostatnich latach, regularnie zabiera głos w sprawach dotyczących społeczności LGBT+. Przejawia się to m.in. poprzez wywieszanie tęczowych flag na budynkach placówek dyplomatycznych, udział ambasadorów w Paradach Równości czy publikowanie listów otwartych wspieranych przez kilkudziesięciu dyplomatów z innych krajów.
W tych komunikatach USA często krytykują działania, które uznają za dyskryminujące, takie jak uchwały o „strefach wolnych od LGBT” (podejmowane przez niektóre polskie samorządy) czy retorykę polityczną uderzającą w tę mniejszość. Z perspektywy Departamentu Stanu USA, ochrona praw mniejszości seksualnych jest integralną częścią polityki zagranicznej opartej na wartościach demokratycznych.
Zarzut podwójnych standardów pojawia się w momencie, gdy zestawimy naciski dyplomatyczne USA z ich własnym porządkiem prawnym. W Stanach Zjednoczonych fundamentem systemu jest Pierwsza Poprawka do Konstytucji, która gwarantuje niemal absolutną wolność słowa.
W przeciwieństwie do Polski i większości krajów europejskich, w USA nie istnieje pojęcie „mowy nienawiści” (hate speech) jako kategorii przestępstwa. Sąd Najwyższy USA wielokrotnie orzekał (np. w głośnej sprawie Matal v. Tam z 2017 roku), że rząd nie może karać za wypowiedzi tylko dlatego, że są one obraźliwe, nienawistne czy uderzają w konkretne grupy społeczne. Zgodnie z amerykańskim prawem, można publicznie głosić poglądy homofobiczne, rasistowskie czy ksenofobiczne, o ile nie nawołują one do bezpośredniej przemocy (tzw. incitement to imminent lawless action).
W 1977 roku w USA miała miejsce słynna sprawa w Skokie, gdzie grupa neonazistów chciała przemaszerować przez dzielnicę zamieszkaną przez ocalałych z Holocaustu. Sąd uznał, że mają do tego prawo w ramach wolności słowa, mimo że ich poglądy były skrajnie nienawistne. To pokazuje, jak głęboko zakorzeniona jest w USA ochrona wypowiedzi, niezależnie od ich treści.
Krytycy działań ambasady USA w Polsce podnoszą argument, że Waszyngton wymaga od innych państw standardów ochrony mniejszości przed „złym słowem” czy „wrogą atmosferą”, których sam nie stosuje na poziomie federalnego prawa karnego. Główne punkty tej argumentacji to:
Warto jednak spojrzeć na drugą stronę medalu. Zwolennicy działań USA argumentują, że nie ma tu mowy o hipokryzji, lecz o różnym rozumieniu roli państwa.
W USA prawo chroni wypowiedź, ale nie chroni dyskryminacji w działaniu. O ile Amerykanin może legalnie powiedzieć coś obraźliwego o osobach LGBT+, o tyle pracodawca czy instytucja publiczna może ponieść konsekwencje za dyskryminację (np. zwolnienie z pracy ze względu na orientację). Amerykańska dyplomacja w Polsce często uderza nie tyle w same wypowiedzi obywateli, co w działania organów państwowych i samorządowych (jak wspomniane uchwały), które uznaje za systemową dyskryminację.
Dodatkowo, polityka zagraniczna USA zmienia się wraz z administracją. Za czasów Donalda Trumpa nacisk na kwestie LGBT+ był znacznie mniejszy niż za kadencji Joe Bidena, co pokazuje, że działania ambasady są wypadkową aktualnej linii politycznej Białego Domu, a nie stałym, jednolitym dogmatem prawnym.
Konflikt wokół krytyki działań anty-LGBT przez USA wynika z zderzenia dwóch różnych kultur prawnych. Polska (i Europa) stawia na ochronę godności jednostki i ogranicza wolność słowa tam, gdzie zaczyna się nienawiść. USA stawiają wolność słowa na piedestale, uznając, że najlepszym lekarstwem na „złą mowę” jest „więcej mowy”, a nie zakazy.
Zarzut podwójnych standardów pozostanie żywy tak długo, jak długo amerykańska dyplomacja będzie promować wartości, które w ich własnym kraju są chronione jedynie przez kulturę polityczną i prawo cywilne, a nie przez restrykcyjne prawo karne. Dla jednych jest to szlachetna walka o równość, dla innych – niezrozumiała niekonsekwencja mocarstwa.