Gość (37.30.*.*)
Dyskusje o gruntownej reformie systemu podatkowego powracają jak bumerang, a propozycja wprowadzenia jednolitej stawki VAT w połączeniu z obniżeniem podatków dochodowych to jeden z najciekawszych postulatów ekonomicznych ostatnich lat. Choć na pierwszy rzut oka wizja 20,5% VAT-u na chleb czy leki może przerażać, eksperci stojący za takimi projektami argumentują, że bilans zysków i strat dla przeciętnego obywatela oraz całej gospodarki byłby dodatni. Cała koncepcja opiera się na tzw. "tax shift", czyli przesunięciu ciężaru opodatkowania z pracy i inwestycji na konsumpcję.
Jednym z głównych powodów, dla których ekonomiści forsują jednolitą stawkę VAT, jest radykalne uproszczenie systemu. Obecnie w Polsce i wielu innych krajach mamy do czynienia z gąszczem stawek (5%, 8%, 23%), co rodzi absurdalne spory urzędowe. Klasycznym przykładem są pytania o to, czy dany produkt jest jeszcze pieczywem (niższy VAT), czy już wyrobem cukierniczym (wyższy VAT).
Wprowadzenie jednej stawki 20,5% eliminuje pole do nadużyć i tzw. karuzel VAT-owskich, a także obniża koszty prowadzenia biznesu. Przedsiębiorcy nie muszą tracić czasu na analizy prawne, jaką stawkę zastosować, co w skali całej gospodarki przekłada się na ogromne oszczędności czasu i pieniędzy.
Kluczowym elementem tej propozycji jest obniżenie podatków PIT i CIT o aż 6 punktów procentowych. To potężny impuls prorozwojowy. Niższy PIT oznacza, że pracownicy dostają "na rękę" znacznie więcej pieniędzy przy tych samych kosztach pracodawcy. Z kolei niższy CIT zachęca firmy do reinwestowania zysków i przyciąga zagraniczny kapitał.
Eksperci argumentują, że opodatkowanie dochodów to de facto "karanie za pracowitość i przedsiębiorczość". Przesunięcie tego ciężaru na VAT sprawia, że system staje się bardziej neutralny dla wzrostu gospodarczego. Ludzie mają większą motywację do pracy, bo państwo zabiera im mniej z każdej zarobionej złotówki.
Ciekawym elementem tej układanki są nowe, niewielkie daniny od konkretnych produktów: mięsa, cukru czy oleju palmowego (0,6 €/kg). To tzw. podatki Pigou, których celem nie jest tylko łatanie dziury budżetowej, ale zmiana naszych nawyków.
Podniesienie podatku od zysków kapitałowych (podatku Belki) do 25% oraz wzrost podatku od spadków i darowizn o 1% to elementy mające na celu zrównoważenie budżetu i wprowadzenie elementu progresji. Skoro państwo obniża podatki od pracy (PIT), szuka rekompensaty w opodatkowaniu zgromadzonego już majątku i pasywnych dochodów z kapitału.
Dla wielu ekonomistów jest to sposób na walkę z nierównościami społecznymi. Osoby czerpiące zyski z giełdy czy dużych spadków dokładają się mocniej do wspólnej kasy, podczas gdy osoby żyjące wyłącznie z pracy etatowej odczuwają ulgę dzięki niższemu PIT-owi.
Wprowadzenie tak kompleksowej reformy to operacja na otwartym sercu gospodarki. Eksperci wyliczają, że wyższy VAT na podstawowe produkty mógłby uderzyć w najuboższych, dlatego tak ważna jest tu rola "bezpieczników". Obniżka PIT-u i akcyzy ma sprawić, że realna siła nabywcza obywateli nie spadnie, a może nawet wzrośnie.
Warto wiedzieć, że podobne systemy z niskimi podatkami dochodowymi i relatywnie wysokim, jednolitym VAT-em z powodzeniem funkcjonują w niektórych krajach skandynawskich czy bałtyckich. Kluczem do sukcesu jest precyzyjne wyliczenie stawek tak, aby reforma była neutralna dla budżetu, ale stymulująca dla obywateli.
W ekonomii istnieje pojęcie krzywej Laffera, która pokazuje, że podnoszenie stawek podatkowych powyżej pewnego poziomu paradoksalnie zmniejsza wpływy do budżetu, bo ludzie zaczynają unikać opodatkowania lub mniej pracować. Propozycja obniżenia PIT i CIT przy jednoczesnym uszczelnieniu VAT-u idealnie wpisuje się w próbę znalezienia tego "złotego środka", gdzie podatki są na tyle niskie, by opłacało się je płacić, i na tyle proste, by trudno było je omijać.