Gość (37.30.*.*)
Decyzja o wypowiedzeniu wojny Stanom Zjednoczonym, którą Adolf Hitler ogłosił 11 grudnia 1941 roku, do dziś pozostaje jedną z najbardziej kontrowersyjnych i niezrozumiałych decyzji II wojny światowej. Z perspektywy czasu wydaje się ona czystym szaleństwem, jednak z punktu widzenia Hitlera była to kombinacja ideologicznego zaślepienia, błędnych kalkulacji strategicznych oraz – co najważniejsze – głębokiego lekceważenia potencjału przeciwnika.
Najciekawszym faktem jest to, że Hitler wcale nie był do tego zmuszony przez traktaty. Pakt Trzech, zawarty między Niemcami, Włochami i Japonią, był sojuszem obronnym. Ponieważ to Japonia zaatakowała Pearl Harbor, Niemcy formalnie nie miały obowiązku włączania się do konfliktu. Dlaczego więc Hitler to zrobił?
Pycha odegrała tu kluczową rolę. Hitler wierzył w wyższość rasową Niemców i uważał Amerykanów za naród "zdegradowany", zdominowany przez wpływy żydowskie i pozbawiony ducha walki. Przeceniał siłę własnej armii, mimo że ta utknęła właśnie w mroźnym piekle pod Moskwą. Dodatkowo, Hitler czuł frustrację z powodu amerykańskiej pomocy dla Wielkiej Brytanii (program Lend-Lease) i incydentów na Atlantyku. Uznał, że skoro i tak prowadzi "nieoficjalną wojnę" z USA, to oficjalne jej wypowiedzenie pozwoli jego U-Bootom bez ograniczeń atakować amerykańskie statki.
Hitler liczył na to, że Japonia zwiąże siły USA na Pacyfiku tak mocno, że Amerykanie nie będą w stanie realnie zagrozić Europie. Był to jeden z największych błędów w historii wojskowości. Niemiecki dyktator kompletnie zignorował potęgę przemysłową Stanów Zjednoczonych. Podczas gdy niemiecka gospodarka wciąż opierała się na rzemieślniczej precyzji i nie była w pełni przestawiona na tryb totalny, amerykańskie fabryki zaczęły masowo produkować czołgi, samoloty i okręty w tempie, o którym III Rzesza mogła tylko pomarzyć.
Warto wiedzieć, że w momencie wypowiedzenia wojny, niemiecki wywiad (Abwehra) dostarczał Hitlerowi raporty bagatelizujące możliwości mobilizacyjne USA. Hitler chętnie w nie wierzył, bo pasowały do jego wizji świata.
Przeskakując do kwietnia 1945 roku, sytuacja III Rzeszy była beznadziejna. Berlin był otoczony, a alianci nacierali z obu stron. 12 kwietnia 1945 roku zmarł prezydent USA Franklin Delano Roosevelt. W bunkrze Hitlera zapanowała euforia, która z dzisiejszej perspektywy wydaje się groteskowa. Joseph Goebbels, minister propagandy, dzwonił do Hitlera z okrzykiem: „Mój Führerze, gratuluję! Roosevelt nie żyje! Zapisano w gwiazdach, że druga połowa kwietnia będzie dla nas punktem zwrotnym!”.
Przywódcy nazistowscy wierzyli w tzw. „cud domu brandenburskiego”. Było to nawiązanie do wydarzenia z 1762 roku, kiedy to podczas wojny siedmioletniej nagła śmierć carycy Elżbiety uratowała Prusy Fryderyka Wielkiego przed całkowitą klęską, ponieważ jej następca wycofał się z wojny. Hitler i Goebbels, odcięci od rzeczywistości, karmili się nadzieją, że śmierć Roosevelta doprowadzi do rozpadu koalicji antyhitlerowskiej.
Naziści liczyli na to, że nowy prezydent, Harry Truman, nie będzie miał takiej charyzmy jak Roosevelt i że Amerykanie, przerażeni postępami Stalina w Europie Wschodniej, dogadają się z Niemcami, by wspólnie powstrzymać komunizm. Były to jednak mrzonki. Śmierć Roosevelta w żaden sposób nie zmieniła strategii aliantów, która zakładała bezwarunkową kapitulację Niemiec.
Świętowanie w bunkrze trwało krótko. Szybko okazało się, że machina wojenna sprzymierzonych działa bez zakłóceń, a śmierć jednego człowieka nie zatrzyma upadku reżimu, który sam doprowadził do swojej zguby poprzez pychę i błędne decyzje podjęte kilka lat wcześniej.
Mało kto wie, że Goebbels i Hitler w ostatnich miesiącach wojny byli wręcz obsesyjnie zainteresowani horoskopami. Goebbels kazał przygotować horoskop Hitlera oraz horoskop Republiki Weimarskiej. To właśnie z tych "analiz" wyczytali, że kwiecień 1945 roku przyniesie nagły zwrot akcji. Śmierć Roosevelta uznali za potwierdzenie tych astrologicznych przepowiedni, co tylko pogłębiło ich oderwanie od tragicznej sytuacji na froncie.