Gość (37.30.*.*)
Z pewnością nie raz, oglądając program publicystyczny, wywiad telewizyjny czy internetowy talk-show, złapałeś się na poczuciu irytacji. Scenariusz bywa uderzająco podobny: prowadzący zadaje pytanie, które ciągnie się w nieskończoność, sam odpowiada na połowę z postawionych przez siebie tez, a gdy gość w końcu dochodzi do głosu i próbuje przedstawić swój punkt widzenia, jest brutalnie zagłuszany lub uciszany. Zjawisko to stało się plagą współczesnych mediów. Dlaczego tak się dzieje? Co sprawiło, że tradycyjny wywiad, będący niegdyś sztuką słuchania, zamienił się w teatr jednego aktora?
Medioznawcy, psychologowie oraz sami twórcy wskazują na kilka kluczowych czynników – od zmian technologicznych i ekonomicznych, aż po głębokie przemiany społeczne i psychologiczne.
Dawniej idealny dziennikarz był przezroczystym medium. Jego zadaniem było zadawanie celnych pytań, wydobywanie informacji i pozostawanie w cieniu swojego rozmówcy. Współczesny rynek medialny wywrócił ten model do góry nogami. Dziś redaktorzy i prezenterzy sami są markami osobistymi.
W dobie mediów społecznościowych dziennikarz musi budować własny zasięg. Wyraziste poglądy, bezkompromisowość (często granicząca z agresją) i dominacja na ekranie to narzędzia służące do budowania pozycji „gwiazdy”. Zaproszony gość nierzadko staje się jedynie pretekstem do tego, by prowadzący mógł zaprezentować swoją elokwencję, wiedzę lub po prostu „błysnąć” przed kamerą. W tym modelu to nie gość ma być interesujący – to program ma być kojarzony z konkretnym, dominującym prowadzącym.
Zadawanie niezwykle długich pytań, które de facto są mini-wykładami, ma kilka podłoży:
Zjawisko przerywania rozmówcom, zwłaszcza gdy ich odpowiedzi nie pasują do linii redakcyjnej lub osobistych przekonań dziennikarza, bezpośrednio wiąże się z tak zwaną ekonomią uwagi (attention economy).
Współczesne media walczą o sekundy naszej uwagi. Spokojna, merytoryczna dyskusja rzadko generuje wysokie wskaźniki oglądalności. To, co sprzedaje się najlepiej, to konflikt, emocje i tak zwane „zaoranie” przeciwnika. Przerywanie gościowi, wchodzenie w słowo i dynamiczna kłótnia tworzą iluzję dynamicznego, angażującego programu.
Co więcej, algorytmy platform takich jak YouTube, TikTok czy Instagram promują krótkie, niezwykle emocjonalne wycinki (tzw. shoty lub reelsy). Dziennikarz, który „gasi” swojego rozmówcę, natychmiast staje się viralem. Merytoryczna, długa odpowiedź gościa rzadko ma szansę na podobny sukces w sieci.
Nie bez znaczenia jest również silna polaryzacja społeczno-polityczna. Media rzadko bywają dziś neutralne – najczęściej reprezentują konkretną linię światopoglądową. Dziennikarz pracujący w takim środowisku czuje na sobie presję ze strony swojej widowni. Jeśli pozwoli zaproszonemu gościowi o odmiennych poglądach na swobodną, logiczną wypowiedź, może zostać oskarżony przez własnych odbiorców o uległość lub brak profesjonalizmu. Przerywanie i kontrowanie staje się więc sposobem na zaspokojenie oczekiwań własnej „bańki” i udowodnienie swojej lojalności wobec określonych idei.
W tradycyjnym dziennikarstwie zaproszenie gościa było wyrazem szacunku dla jego wiedzy lub pozycji. Dzisiaj zaproszona osoba bywa traktowana instrumentalnie. Staje się rekwizytem, który ma pomóc w realizacji z góry założonego scenariusza.
Jeśli dziennikarz zaplanował, że wykaże hipokryzję danego polityka lub eksperta, nie pozwoli mu na przedstawienie pełnego kontekstu. Każda próba niuansowania wypowiedzi przez gościa jest traktowana jako unikanie odpowiedzi, co natychmiast spotyka się z reakcją: „Proszę odpowiedzieć tak lub nie!”. Taki format nie pozostawia miejsca na rzetelną dyskusję, ponieważ z góry zakłada, że rację ma ten, kto trzyma mikrofon i kontroluje czas antenowy.
Choć agresywne, dynamiczne wywiady wciąż generują ogromne zasięgi, w ostatnich latach można zaobserwować wyraźny powrót do korzeni. Ogromna popularność wielogodzinnych podcastów i długich wywiadów internetowych (gdzie rozmowa toczy się bez pośpiechu, a prowadzący pozwala gościowi dokończyć myśl) pokazuje, że odbiorcy odczuwają przesyt telewizyjnym formatem „krzykaczy”.
Ludzie coraz częściej szukają rzetelności, spokoju i głębi, zmęczeni ciągłym przerywaniem i agresywną autopromocją prowadzących. Wygląda na to, że rynek medialny powoli zaczyna się dzielić na dwa bieguny: szybkie, emocjonalne i powierzchowne formaty nastawione na kliki oraz spokojne, długie rozmowy, w których najważniejszy znów staje się zaproszony gość.