Gość (37.30.*.*)
Wyobraźmy sobie, że nasza atmosfera to precyzyjnie nastrojony instrument. Każdy składnik gazowy i każdy hektopaskal ciśnienia wpływają na to, jak funkcjonuje życie na Ziemi. Gdybyśmy nagle zmienili te parametry – obniżyli ciśnienie, dodali tlenu i niemal całkowicie usunęli dwutlenek węgla – świat, który znamy, przeszedłby drastyczną transformację. Choć na pierwszy rzut oka zmiany rzędu 0,1% czy 10 hPa wydają się kosmetyczne, w skali globalnego ekosystemu wywołałyby lawinę konsekwencji.
Średnie ciśnienie atmosferyczne na poziomie morza wynosi około 1013,25 hPa. Spadek o 10–20 hPa oznaczałby, że masa naszej atmosfery musiałaby się realnie zmniejszyć. Ciśnienie to w uproszczeniu ciężar słupa powietrza nad naszymi głowami. Aby go obniżyć, musielibyśmy „pozbyć się” części gazów otaczających planetę.
Z punktu widzenia fizyki i chemii, taki spadek mógłby nastąpić w wyniku dwóch scenariuszy:
Obliczenie skali zjawiska:
Aby ciśnienie spadło o 10 hPa (czyli o około 1% całkowitej wartości), z atmosfery musiałoby zniknąć około 1% jej całkowitej masy. Masa atmosfery to około $5,15 \times 10^{18}$ kg. Zatem ubytek musiałby wynieść około $5,15 \times 10^{16}$ kg materii gazowej. Dla porównania, to masa setek tysięcy największych tankowców świata.
W Twoim pytaniu pojawia się ciekawy aspekt matematyczny dotyczący składu gazowego. Obecnie stężenie dwutlenku węgla ($CO_2$) wynosi około 0,042% (420 ppm – cząsteczek na milion).
Aby te dwie rzeczy stały się naraz, musiałby nastąpić globalny proces, w którym rośliny i fitoplankton morski pracują na „superobrotach”, pochłaniając absolutnie każdy gram $CO_2$ i zamieniając go w tlen, a dodatkowy węgiel musiałby być natychmiast grzebany głęboko pod ziemią, by nie wrócił do obiegu.
Najbardziej uderzającym skutkiem spadku stężenia $CO_2$ o 0,1% (czyli de facto do zera) byłoby natychmiastowe i drastyczne ochłodzenie planety. Dwutlenek węgla, mimo że jest go mało, pełni rolę „termosu”. Bez niego efekt cieplarniany uległby załamaniu.
Spadek ciśnienia o 10–20 hPa wpłynąłby na dynamikę pogody w sposób, który odczulibyśmy codziennie.
Dla przeciętnego człowieka zmiana ciśnienia o 10–20 hPa jest porównywalna z przeprowadzką na wysokość około 100–200 metrów nad poziomem morza. Większość z nas nie odczułaby tego bezpośrednio w układzie oddechowym, ale diabeł tkwi w szczegółach.
W erze dinozaurów (mezozoik) ciśnienie atmosferyczne mogło być znacznie wyższe niż dzisiaj, a stężenie tlenu sięgało nawet 30-35%. To właśnie dzięki tak dużej ilości tlenu owady mogły osiągać gigantyczne rozmiary (np. ważki o rozpiętości skrzydeł 70 cm), ponieważ ich system oddechowy (tchawki) opiera się na dyfuzji, która jest wydajniejsza przy wyższym stężeniu i ciśnieniu gazu. Twoja propozycja idzie w nieco innym kierunku, ale pokazuje, jak manipulacja „pokrętłami” atmosfery zmienia zasady gry dla całego życia.
Podsumowując, zmiana, o którą pytasz, wymagałaby niemal całkowitego usunięcia gazów cieplarnianych i sporej części masy atmosfery. Skutkiem byłaby mroźna, jałowa planeta, na której życie w obecnej formie przestałoby istnieć z powodu braku podstawowego budulca roślin, jakim jest dwutlenek węgla.