Gość (37.30.*.*)
Wprowadzenie dodatkowych opłat na konkretne grupy produktów spożywczych to temat, który regularnie powraca w debatach publicznych. Mechanizm ten, nazywany często „podatkiem od grzechu” (ang. sin tax), ma na celu nie tylko podreperowanie budżetu państwa, ale przede wszystkim zmianę nawyków żywieniowych społeczeństwa. Czy jednak podwyżka rzędu 10% na mięso czy 2,5% na nabiał faktycznie sprawi, że zrezygnujemy z ulubionej szynki na rzecz soczewicy? Odpowiedź kryje się w ekonomicznym pojęciu elastyczności popytu.
Zanim przejdziemy do konkretnych produktów, musimy zrozumieć, jak konsumenci reagują na zmiany cen. W ekonomii mierzy się to za pomocą cenowej elastyczności popytu. Jeśli produkt jest „elastyczny”, niewielka podwyżka ceny powoduje duży spadek sprzedaży. Jeśli jest „nieelastyczny”, będziemy go kupować mimo drożyzny, bo jest nam niezbędny lub nie mamy dla niego dobrej alternatywy.
W przypadku żywności większość produktów wykazuje niską lub umiarkowaną elastyczność. Oznacza to, że podatek w wysokości 10% zazwyczaj nie spowoduje spadku spożycia o dokładnie 10%. Zazwyczaj spadek ten jest niższy, co sugeruje, że konsumenci w dużej mierze po prostu „przełykają” wyższą cenę, ograniczając wydatki na inne przyjemności.
Wprowadzenie 10-12,5% podatku na cukier, aspartam czy sukralozę to scenariusz, który w wielu krajach (w tym w Polsce jako opłata cukrowa) już przerabialiśmy. Dane z rynków takich jak Meksyk czy Wielka Brytania pokazują, że w tej kategorii podatki są wyjątkowo skuteczne.
Dlaczego? Ponieważ napoje słodzone nie są produktem pierwszej potrzeby. Gdy cena puszki coli rośnie o kilkanaście procent, konsument ma pod ręką darmową lub bardzo tanią alternatywę: wodę z kranu. Badania sugerują, że 10-procentowy wzrost ceny napojów słodzonych może prowadzić do spadku ich spożycia o około 8-12%. W tym przypadku faktycznie dochodzi do substytucji – rezygnujemy z cukru na rzecz wody lub napojów niesłodzonych.
Często to nie konsument zmienia nawyki, ale producent. Aby uniknąć wysokiego podatku, firmy spożywcze zmieniają receptury, obniżając zawartość cukru poniżej progu opodatkowania. W efekcie spożywamy mniej cukru, nawet o tym nie wiedząc i płacąc tyle samo.
Podatek na mięso (10-12,5%) oraz oleje palmowy i kokosowy to znacznie bardziej kontrowersyjny temat. Mięso dla wielu osób jest podstawą diety, a nawyki kulturowe są tu bardzo silne.
Proponowane stawki 2,5% lub 3,5% na jajka i nabiał są na tyle niskie, że ich wpływ na realne spożycie byłby prawdopodobnie znikomy. Produkty te są uznawane za towary podstawowe o bardzo niskiej elastyczności popytu.
Większość gospodarstw domowych traktuje mleko czy jajka jako bazę posiłków. Podwyżka rzędu kilku czy kilkunastu groszy na opakowaniu jest często niższa niż codzienne wahania cen w supermarketach czy różnice między marką własną a produktem markowym. W tym przypadku konsumenci niemal na pewno płaciliby więcej, kontynuując spożycie na niemal niezmienionym poziomie. Taki podatek pełniłby funkcję czysto fiskalną (wpływy do budżetu), a nie prozdrowotną.
Odpowiedź brzmi: jedno i drugie, ale w różnych proporcjach. Możemy to rozbić na trzy główne reakcje konsumenckie:
Jeśli przyjmiemy średnie współczynniki elastyczności dla polskiego rynku, możemy spróbować oszacować realny spadek popytu przy założeniu, że cały podatek zostanie przeniesiony na konsumenta:
Warto pamiętać, że takie podatki najmocniej uderzają w osoby o najniższych dochodach, dla których wydatki na żywność stanowią lwią część budżetu. Dla nich nawet 10% różnicy może oznaczać konieczność rezygnacji z pełnowartościowych posiłków, co jest głównym argumentem przeciwników takich rozwiązań. Z drugiej strony, zwolennicy wskazują na ogromne oszczędności w systemie ochrony zdrowia dzięki mniejszej liczbie przypadków otyłości, cukrzycy i chorób układu krążenia.