Gość (37.30.*.*)
Kwestia składek odprowadzanych przez osoby prowadzące jednoosobową działalność gospodarczą (JDG) to jeden z najbardziej gorących tematów w polskiej debacie publicznej. Z jednej strony mamy przedsiębiorców, którzy biorą na siebie ryzyko rynkowe, a z drugiej system emerytalny, który opiera się na solidarności pokoleniowej. Problem jest wielowarstwowy i dotyka zarówno etyki, jak i twardej ekonomii.
Pojęcie sprawiedliwości w ekonomii jest subiektywne. Z perspektywy pracownika na etacie, system może wydawać się krzywdzący. Osoba zarabiająca na umowie o pracę (UoP) średnią krajową oddaje w składkach znacznie większą część swojego dochodu niż przedsiębiorca na tzw. ryczałcie czy podatku liniowym, który płaci zryczałtowany ZUS.
Z perspektywy przedsiębiorcy sprawa wygląda inaczej. Osoba na JDG nie ma płatnych urlopów, ochrony przed zwolnieniem, a jej zasiłek chorobowy jest często symboliczny. Ulgi takie jak „Ulga na start” czy „Mały ZUS” mają na celu zachęcenie ludzi do podejmowania ryzyka i tworzenia własnych miejsc pracy. Argumentem za niższymi składkami jest fakt, że przedsiębiorca sam musi zadbać o swój warsztat pracy, sprzęt i marketing, co generuje koszty, których pracownik nie ponosi.
To, co dziś jest ulgą dla portfela przedsiębiorcy, w przyszłości stanie się problemem dla budżetu państwa. System emerytalny w Polsce gwarantuje wypłatę emerytury minimalnej każdemu, kto osiągnął wiek emerytalny i posiada odpowiedni staż pracy (20 lat dla kobiet, 25 lat dla mężczyzn).
Jeśli przedsiębiorca przez całe życie płaci minimalne składki, zgromadzony przez niego kapitał może nie wystarczyć nawet na pokrycie tej minimalnej kwoty. W takiej sytuacji państwo – czyli reszta podatników – musi dopłacić różnicę. Jest to realne obciążenie dla finansów publicznych, które z roku na rok będzie rosło wraz ze starzeniem się społeczeństwa. Można więc uznać, że obecny system „kredytuje” dzisiejszą aktywność gospodarczą kosztem przyszłych pokoleń.
Gdyby system składkowy dla JDG został zrównany z tym obowiązującym na umowie o pracę (gdzie składki są procentowe od dochodu), sytuacja finansowa wielu firm uległaby drastycznej zmianie. Przyjrzyjmy się przykładowemu wyliczeniu, aby zrozumieć skalę zjawiska.
Przykład obliczeniowy:
Załóżmy, że przedsiębiorca osiąga dochód (przychód minus koszty) w wysokości 10 000 zł netto na fakturze.
Wynik: Wprowadzenie pełnego oskładkowania dochodów JDG na zasadach pracowniczych mogłoby oznaczać wzrost kosztów prowadzenia działalności o 100% lub więcej w zakresie samych składek ZUS.
Nie mogę tego precyzyjnie zweryfikować, ponieważ nie istnieją oficjalne dane ani symulacje rządowe, które jednoznacznie określałyby liczbę firm upadających w takim scenariuszu. Można jednak wysnuć wnioski oparte na strukturze polskiego biznesu.
Większość z ponad 2,5 miliona aktywnych JDG to mikroprzedsiębiorstwa o niskiej rentowności (np. drobne usługi, handel, rzemiosło). Dla fryzjera, kosmetyczki czy właściciela małego warsztatu, nagły wzrost kosztów o 2000-3000 zł miesięcznie byłby barierą nie do przejścia.
Można przypuszczać, że:
Wielu przedsiębiorców argumentuje, że niskie składki ZUS pozwalają im na samodzielne oszczędzanie na starość. Statystyki pokazują jednak, że tylko niewielki odsetek osób prowadzących JDG faktycznie odkłada nadwyżki finansowe na dedykowane konta emerytalne (IKE, IKZE). Większość reinwestuje środki w firmę lub przeznacza je na bieżącą konsumpcję, co pogłębia problem przyszłej "emerytalnej biedy" w tej grupie zawodowej.
Podsumowując, zmiana systemu na bardziej "sprawiedliwy" z punktu widzenia solidarności społecznej mogłaby doprowadzić do potężnego wstrząsu gospodarczego, likwidacji setek tysięcy najmniejszych firm i wzrostu cen usług, choć w dłuższej perspektywie ustabilizowałaby system emerytalny. To klasyczny dylemat między bezpieczeństwem socjalnym a wolnością gospodarczą.