Gość (37.30.*.*)
Wprowadzenie tak kompleksowego i głębokiego pakietu podatkowego na poziomie całej Unii Europejskiej byłoby niczym innym jak fiskalną rewolucją. Obecnie budżet UE opiera się głównie na składkach państw członkowskich, niewielkiej części podatku VAT oraz cłach. Propozycja, którą analizujemy, przesuwa środek ciężkości w stronę bezpośredniego finansowania struktur unijnych, co miałoby ogromne konsekwencje gospodarcze, społeczne i polityczne. Przyjrzyjmy się, jaki sens – z punktu widzenia teorii ekonomii i polityki – mogłyby mieć poszczególne elementy tego planu.
Znaczna część wymienionych opłat ma charakter proekologiczny. Podatek od nieruchomości o niskiej klasie energetycznej (G-D) w wysokości 1,56 €/m³ rocznie to potężny kij na właścicieli budynków, które „uciekają ciepłem”.
Przykład obliczeniowy:
Załóżmy, że posiadasz dom o powierzchni 100 m² i standardowej wysokości 2,5 m.
Dla przeciętnego gospodarstwa domowego w Polsce byłby to wydatek rzędu 1700–1800 zł rocznie. Sens takiego rozwiązania to wymuszenie masowych termomodernizacji. Podobnie działałby podatek od benzyny (5% + 1 €/l) oraz dopłaty do biletów lotniczych. To klasyczne „podatki Pigou”, których celem jest skłonienie konsumentów do zmiany nawyków na bardziej ekologiczne poprzez drastyczne podniesienie kosztów korzystania z paliw kopalnych.
Wprowadzenie minimalnej stawki VAT i CIT na poziomie 16,5% oraz dodatkowych narzutów unijnych (2,5% VAT i 1% CIT) ma na celu wyrównanie szans na jednolitym rynku. Obecnie kraje UE konkurują ze sobą stawkami podatkowymi, co sprawia, że wielkie korporacje przenoszą zyski tam, gdzie jest najtaniej (tzw. optymalizacja podatkowa).
Ustalenie „podłogi” podatkowej i dodanie do niej unijnego komponentu sprawiłoby, że:
Podatek od transferów międzynarodowych (0,5%, nie mniej niż 0,25 €) przypomina koncepcję podatku Tobina. Jego głównym celem jest zazwyczaj ograniczenie krótkoterminowych spekulacji walutowych i kapitałowych, które mogą destabilizować gospodarki. W skali mikro oznaczałoby to jednak, że każdy przelew zagraniczny, nawet ten wysyłany przez pracownika do rodziny w innym kraju, byłby obciążony dodatkową opłatą. To rozwiązanie miałoby sens jako narzędzie do monitorowania przepływów pieniężnych i walki z praniem brudnych pieniędzy, choć dla zwykłego obywatela byłoby po prostu kolejnym kosztem.
Klasy energetyczne budynków (od A do G) określają zapotrzebowanie na nieodnawialną energię pierwotną. Budynki klasy G to często stare, nieocieplone kamienice lub domy z lat 70., które zużywają nawet dziesięciokrotnie więcej energii niż nowoczesne domy pasywne. Wprowadzenie podatku uzależnionego od klasy energetycznej jest obecnie jednym z najgorętszych tematów w Brukseli w kontekście dyrektywy EPBD.
Choć teoretyczny sens tych podatków opiera się na ekologii i integracji, w praktyce wywołałyby one ogromne wstrząsy:
Wprowadzenie takich opłat miałoby sens jedynie w scenariuszu głębokiej reformy politycznej, w której Unia Europejska staje się de facto jednym państwem z własnym, potężnym budżetem. Z ekonomicznego punktu widzenia byłaby to próba sfinansowania transformacji energetycznej kosztem bieżącej konsumpcji obywateli.
Warto wiedzieć: Obecnie średnia stawka CIT w UE wynosi około 21%, a VAT około 21,5%. Propozycja minimalnego poziomu 16,5% z dodatkami unijnymi w wielu krajach (np. w Polsce, gdzie VAT wynosi 23%) oznaczałaby de facto podniesienie realnego opodatkowania konsumpcji do poziomów bliskich 25-26%.