Gość (37.30.*.*)
Dyskusja o Bezwarunkowym Dochodzie Podstawowym (UBI) oraz Powszechnych Usługach Podstawowych (UBS) przestała być domeną futurystów, a stała się realnym elementem debaty ekonomicznej. Wizja, w której każdy obywatel otrzymuje co miesiąc określoną kwotę na konto lub ma darmowy dostęp do kluczowych usług, brzmi kusząco, ale rodzi fundamentalne pytanie: skąd wziąć na to pieniądze? I co ważniejsze – czy próba sfinansowania tego projektu nie dobije sektora prywatnego, wywołując falę bezrobocia?
Wprowadzenie tak szerokich programów socjalnych wymagałoby gigantycznych nakładów finansowych. Eksperci i ekonomiści wskazują na kilka głównych źródeł finansowania, które mogłyby współistnieć, tworząc nowy system fiskalny.
Pierwszym krokiem byłaby głęboka reforma obecnego systemu zabezpieczenia społecznego. UBI w założeniu ma zastąpić wiele skomplikowanych i kosztownych w obsłudze zasiłków (np. zasiłki dla bezrobotnych, niektóre renty czy programy typu 500+). Likwidacja biurokracji związanej z weryfikacją wniosków mogłaby wygenerować spore oszczędności.
Kolejnym filarem są nowe formy opodatkowania. Często wymienia się tu:
Warto też wspomnieć o koncepcji „dywidendy narodowej”, gdzie państwo czerpie zyski z zasobów naturalnych lub państwowych funduszy majątkowych (podobnie jak dzieje się to na Alasce) i dzieli się nimi z obywatelami.
Obawa o to, że koszty UBI spadną bezpośrednio na barki prywatnych przedsiębiorców, jest jednym z najsilniejszych argumentów przeciwników tego rozwiązania. Jeśli finansowanie opierałoby się wyłącznie na drastycznym podniesieniu podatku CIT lub składek na ubezpieczenia społeczne, mogłoby dojść do zjawiska „ucieczki kapitału” lub upadku mniejszych firm, które już teraz działają na niskich marżach.
Z drugiej strony, zwolennicy UBI wskazują na mechanizm stymulacji popytu. Pieniądze przekazane obywatelom niemal natychmiast wracają do gospodarki. Ludzie kupują więcej jedzenia, usług czy elektroniki, co napędza obroty firm. W takim scenariuszu przedsiębiorcy mogą zyskać większą bazę klientów o stabilnej sile nabywczej.
Kluczowym wyzwaniem pozostaje jednak znalezienie „złotego środka” – takiego poziomu opodatkowania, który nie zniszczy konkurencyjności firm, a jednocześnie zapewni wpływy do budżetu. Nie można jednoznacznie stwierdzić, czy obciążenie to doprowadzi do kryzysu, ponieważ zależy to od konkretnego modelu wdrożenia, którego na ten moment żadne duże państwo w pełni nie przetestowało.
Argument o spadku motywacji do pracy jest najczęściej podnoszoną kwestią psychologiczną. Czy jeśli dostanę pieniądze „za nic”, to czy rano wstanę do biura lub fabryki?
Dotychczasowe eksperymenty (np. w Finlandii czy Kanadzie) nie potwierdziły czarnego scenariusza masowego porzucania pracy. Okazało się, że większość osób kontynuowała zatrudnienie, a UBI dawało im poczucie bezpieczeństwa, które pozwalało na:
Jeśli chodzi o bezrobocie, UBI jest często postrzegane nie jako jego przyczyna, ale jako rozwiązanie problemu bezrobocia technologicznego. W świecie, gdzie AI może przejąć 40-50% obecnych zawodów, dochód podstawowy ma być siatką bezpieczeństwa dla osób, dla których po prostu zabraknie tradycyjnych miejsc pracy.
Często przywoływanym przykładem zbliżonym do UBI jest Alaska Permanent Fund. Od lat 80. XX wieku mieszkańcy Alaski otrzymują coroczną dywidendę z zysków z wydobycia ropy naftowej. Choć kwoty te nie wystarczają na pełne utrzymanie (zazwyczaj od 1000 do 2000 dolarów rocznie), badania wykazały, że wypłaty te nie zmniejszyły aktywności zawodowej mieszkańców, a wręcz pomogły lokalnej gospodarce, szczególnie w okresach dekoniunktury.
Wprowadzenie UBI i UBS to operacja na otwartym sercu gospodarki. Główne ryzyka to:
Obecnie nie dysponujemy danymi z gospodarki o skali makro (całego państwa o wysokim PKB), które pozwoliłyby jednoznacznie zweryfikować, czy bilans zysków i strat wyjdzie na zero. Większość analiz opiera się na modelach matematycznych i ograniczonych terytorialnie pilotażach.