Gość (37.30.*.*)
Muzyka średniowiecza często kojarzy nam się z mrocznymi katedrami, dymem kadzidła i surowymi śpiewami mnichów. Choć ten obraz ma w sobie sporo prawdy, jest on jedynie wycinkiem niezwykle bogatej i różnorodnej panoramy dźwięków, jakie rozbrzmiewały w Europie między V a XV wiekiem. To właśnie w tym okresie narodziły się fundamenty zachodniej teorii muzyki, zapisu nutowego oraz harmonii, które do dziś wykorzystujemy w nowoczesnych kompozycjach.
Przez wiele stuleci centralnym punktem życia muzycznego był Kościół. To on dysponował środkami, wykształconymi kadrami i – co najważniejsze – potrzebą ujednolicenia liturgii. Tak narodził się chorał gregoriański. Jest to śpiew jednogłosowy (monofoniczny), wykonywany a cappella w języku łacińskim. Jego nazwa pochodzi od papieża Grzegorza Wielkiego, choć w rzeczywistości proces porządkowania tych śpiewów trwał znacznie dłużej, niż trwało jego pontyfikat.
Chorał charakteryzuje się specyficznym rytmem, który nie jest mierzony tak jak dzisiejsze „raz-dwa-trzy”, lecz wynika bezpośrednio z akcentacji tekstu modlitwy. Słuchając go, można odnieść wrażenie zawieszenia w czasie, co miało pomagać wiernym w kontemplacji i skupieniu na sacrum.
To jedno z najczęstszych pytań dotyczących tej epoki. Odpowiedź brzmi: zdecydowanie nie, choć przez długi czas to właśnie duchowni byli jedynymi osobami potrafiącymi zapisać muzykę na pergaminie. Z tego powodu do naszych czasów przetrwało znacznie więcej dzieł religijnych niż świeckich.
W rzeczywistości średniowiecze tętniło muzyką świecką, tworzoną przez ludzi, którzy z życiem klasztornym mieli niewiele wspólnego:
Średniowiecze to czas, w którym muzyka przestała być przekazywana wyłącznie „na ucho”. Na początku stosowano tzw. neumy – znaki graficzne nad tekstem, które jedynie sugerowały, czy melodia ma iść w górę, czy w dół. Prawdziwy przełom nastąpił w XI wieku dzięki mnichowi o imieniu Gwidon z Arezzo. To on wprowadził system linii, który stał się prototypem dzisiejszej pięciolinii, oraz nadał nazwy solmizacyjne dźwiękom (ut, re, mi, fa, sol, la), czerpiąc je z początkowych sylab hymnu do św. Jana.
Kolejnym milowym krokiem było przejście od jednogłosu do wielogłosu (polifonii). W katedrze Notre Dame w Paryżu, dzięki takim twórcom jak Leoninus i Perotinus, zaczęto nakładać na siebie kilka niezależnych linii melodycznych. Był to moment narodzin nowoczesnej kompozycji, która z czasem stawała się coraz bardziej skomplikowana i kunsztowna.
Choć dziś organy są nieodłącznym elementem kościołów, we wczesnym średniowieczu hierarchowie podchodzili do instrumentów z dużą nieufnością. Uważano, że instrumenty strunowe czy dęte kojarzą się z pogańskimi obrzędami i rozpustną zabawą. Dlatego przez wieki w liturgii dominował wyłącznie głos ludzki. Instrumenty takie jak lutnia, harfa, flety, bębny czy szałamaje (przodek oboju) królowały na zamkach i w karczmach, tworząc barwny, często bardzo głośny krajobraz dźwiękowy epoki.
Warto wspomnieć, że mimo dominacji mężczyzn w strukturach kościelnych, średniowiecze wydało jedną z najbardziej fascynujących kompozytorek w historii – Hildegardę z Bingen. Ta benedyktyńska opatka, wizjonerka i mistyczka tworzyła muzykę o niezwykłej ekspresji, która wykraczała poza standardowe ramy ówczesnego chorału. Jej utwory do dziś zachwycają czystością i emocjonalnym ładunkiem, będąc dowodem na to, że geniusz muzyczny nie znał barier płci nawet w tak odległych czasach.
Muzyka średniowieczna nie była więc monolitem. To fascynujące starcie surowej dyscypliny klasztornej z radosną, a czasem wręcz dziką energią ulicy i dworu. Dzięki temu, że duchowni opracowali system zapisu, możemy dziś odtworzyć te dźwięki i poczuć klimat Europy sprzed tysiąca lat.