Gość (37.30.*.*)
Wyobraź sobie, że pewnego dnia budzisz się, wyglądasz przez okno i widzisz, jak słońce powoli wyłania się zza horyzontu... po zachodniej stronie. Choć brzmi to jak scenariusz filmu science-fiction, naukowcy i klimatolodzy nieraz analizowali taki model „Ziemi na opak”. Gdyby nasza planeta zaczęła kręcić się w drugą stronę (ruch wsteczny) i jednocześnie zmieniła kierunek swojej podróży wokół Słońca, świat, który znamy, przestałby istnieć, a jego miejsce zajęłaby zupełnie inna rzeczywistość.
Najbardziej oczywistą zmianą byłoby odwrócenie cyklu dobowego. Obecnie Ziemia obraca się z zachodu na wschód, co sprawia, że słońce, księżyc i gwiazdy „wędrują” po niebie ze wschodu na zachód. W nowym scenariuszu to mieszkańcy Kalifornii pierwsi witaliby nowy dzień, a Japończycy musieliby na niego czekać kilka godzin dłużej.
Co ciekawe, gdybyśmy zmienili zarówno kierunek obrotu wokół własnej osi, jak i kierunek obiegu wokół Słońca, długość doby słonecznej (czyli te standardowe 24 godziny) pozostałaby praktycznie bez zmian. Dzieje się tak, ponieważ oba te ruchy zostałyby „zsynchronizowane” w lustrzanym odbiciu. Gdybyśmy jednak zmienili tylko jeden z tych parametrów, czas trwania dnia mógłby ulec skróceniu lub wydłużeniu o kilka minut, co w skali roku całkowicie rozregulowałoby nasze kalendarze.
Prawdziwa rewolucja nie dotyczyłaby jednak zegarków, a klimatu. Kluczowym graczem jest tutaj efekt Coriolisa – siła wynikająca z obrotu Ziemi, która zakrzywia ruch mas powietrza i wód oceanicznych. Na „normalnej” Ziemi na półkuli północnej wiatry skręcają w prawo, a na południowej w lewo.
Gdyby Ziemia zaczęła obracać się w drugą stronę, efekt Coriolisa również uległby odwróceniu. To pociągnęłoby za sobą lawinę zmian:
Najbardziej fascynujące prognozy dotyczą jednak rozmieszczenia roślinności i pustyń. Symulacje komputerowe przeprowadzone przez naukowców (m.in. z Instytutu Meteorologii Maxa Plancka) pokazują, że „odwrócona Ziemia” byłaby znacznie bardziej zielona.
Obecnie ogromne obszary Afryki Północnej (Sahara) i Bliskiego Wschodu to jałowe piaski. W scenariuszu wstecznym, zmiana cyrkulacji powietrza przyniosłaby tam obfite opady. Sahara mogłaby stać się bujną dżunglą lub rozległą sawanną. Z kolei regiony, które dziś są zielone, mogłyby wyschnąć. Pustynie mogłyby pojawić się w południowo-wschodnich Stanach Zjednoczonych, w południowej Brazylii czy w Chinach.
Co ciekawe, globalna średnia temperatura mogłaby spaść o ułamki stopni, ponieważ nowe obszary pustynne (np. w Amerykach) odbijałyby więcej światła słonecznego niż obecne lasy, a zwiększona ilość roślinności w Afryce pochłaniałaby więcej dwutlenku węgla.
Z punktu widzenia fizyki i biologii, życie jako takie najprawdopodobniej by przetrwało, ale ewolucja potoczyłaby się zupełnie inaczej. Gatunki zwierząt i roślin musiałyby dostosować się do nowych stref klimatycznych. Ludzkość również musiałaby przejść gigantyczną migrację – centra cywilizacyjne przeniosłyby się tam, gdzie warunki do uprawy roli stałyby się najkorzystniejsze.
To nie przypadek! Kierunek obrotu Ziemi i jej obiegu wokół Słońca to pamiątka po narodzinach Układu Słonecznego. Około 4,6 miliarda lat temu ogromny obłok gazu i pyłu zaczął się zapadać i wirować w jednym kierunku. Większość planet (z wyjątkiem Wenus i Urana, które mają swoje „dziwactwa”) zachowała ten pierwotny pęd. Zmiana tego kierunku wymagałaby zderzenia z obiektem o masie planety, co prawdopodobnie i tak zniszczyłoby wszelkie życie przed jakąkolwiek zmianą klimatu.
Gdybyśmy chcieli przeanalizować to matematycznie, wektor momentu pędu Ziemi zostałby odwrócony o 180 stopni.
Wynik? Świat stałby się lustrzanym odbiciem samego siebie pod względem meteorologicznym i oceanicznym, co całkowicie przetasowałoby mapę biologiczną i gospodarczą naszej planety. Choć wizja zielonej Sahary brzmi kusząco, cena w postaci zamarzniętej Europy i pustynnej Amazonii mogłaby być dla nas zbyt wysoka.