Gość (37.30.*.*)
Wiele osób, które dorastały w latach 80. w Polsce, na samo wspomnienie wyrobu czekoladopodobnego czuje charakterystyczny, nieco tłusty smak i specyficzny zapach. Choć dziś półki sklepowe uginają się od prawdziwych czekolad z całego świata, w czasach PRL-u ten specyficzny produkt był codziennością, a dla wielu dzieciaków – jedynym dostępnym „luksusem”. Czym tak naprawdę był ten kultowy symbol kryzysu i co sprawiało, że tak bardzo różnił się od prawdziwej tabliczki czekolady?
Wyrób czekoladopodobny nie powstał z chęci eksperymentowania z nowymi smakami, ale z czystej konieczności. W latach 80. Polska zmagała się z ogromnym kryzysem gospodarczym i brakiem dewiz (obcych walut), za które można by kupić ziarno kakaowe na rynkach światowych. Kakao stało się towarem deficytowym, a jego ceny były zawrotne.
Aby nie zostawiać obywateli zupełnie bez słodyczy, zakłady cukiernicze takie jak Wedel (wtedy pod nazwą 22 Lipca) czy Wawel, zaczęły produkować zamiennik. Zgodnie z ówczesnymi normami, produkt ten nie mógł nazywać się „czekoladą”, ponieważ zawierał zbyt mało miazgi kakaowej. Tak narodziła się nazwa, która do dziś budzi uśmiech lub dreszcz nostalgii: wyrób czekoladopodobny.
Różnica między prawdziwą czekoladą a jej „podróbką” tkwiła przede wszystkim w tłuszczu. W prawdziwej czekoladzie kluczowym składnikiem jest masło kakaowe (tłuszcz kakaowy), które odpowiada za to, że tabliczka rozpływa się w ustach i ma charakterystyczny połysk. W wyrobie czekoladopodobnym masło kakaowe zastępowano tańszymi, utwardzanymi tłuszczami roślinnymi – najczęściej rzepakowym lub margaryną.
Oto główny skład typowego wyrobu z tamtych lat:
Efektem była tabliczka, która nie chciała się łamać z charakterystycznym trzaskiem, była matowa i często oblepiała podniebienie. Mimo to, w czasach kartek na żywność, była towarem niezwykle pożądanym.
Mówiąc o wyrobach czekoladopodobnych, nie sposób nie wspomnieć o ich domowej wersji, czyli słynnym bloku czekoladowym. Polacy, wykazując się niesamowitą kreatywnością, sami tworzyli zamienniki słodyczy w swoich kuchniach.
Przepis na blok czekoladowy opierał się na mleku w proszku, margarynie, cukrze, odrobinie kakao i pokruszonych herbatnikach lub waflach. Co ciekawe, domowy blok często smakował znacznie lepiej niż ten kupny, sklepowy. Do dziś wiele osób przygotowuje go z sentymentu, choć teraz używamy do niego składników znacznie lepszej jakości.
Wyrób czekoladopodobny miał nawet swoje „standardy” opakowań. Zazwyczaj zawijano go w tani, szary papier lub cienką folię aluminiową, która często przywierała do samej tabliczki. Etykiety były proste, często dwukolorowe, co ostro kontrastowało z kolorowymi, zachodnimi opakowaniami, które można było podziwiać jedynie w Pewexach.
Obecnie prawo Unii Europejskiej bardzo rygorystycznie określa, co może nazywać się czekoladą. Aby produkt nosił tę nazwę, musi zawierać określoną ilość suchej masy kakaowej i masła kakaowego. Choć na najniższych półkach w marketach wciąż można znaleźć tanie „tabliczki deserowe” o niskiej zawartości kakao, to termin „wyrób czekoladopodobny” stał się raczej reliktem przeszłości i synonimem produktu niskiej jakości.
Dla wielu wyrób czekoladopodobny pozostaje jednak ważnym elementem kulturowym – symbolem czasów, w których nawet kawałek słodkiej, tłustej masy potrafił sprawić ogromną radość.