Gość (83.4.*.*)
Temat kondycji polskiego systemu emerytalnego i roli, jaką odgrywają w nim przedsiębiorcy, od lat budzi ogromne emocje. Często pojawia się argument, że osoby na samozatrudnieniu (JDG) płacą relatywnie niskie składki w stosunku do swoich dochodów, co miałoby rzekomo obciążać system. Jednak wizja nagłego zniknięcia 2,5 miliona jednoosobowych działalności gospodarczych to scenariusz, który dla Zakładu Ubezpieczeń Społecznych (ZUS) i całej gospodarki oznaczałby nie poprawę, a prawdziwą katastrofę finansową.
Zanim przejdziemy do skutków potencjalnego upadku tak ogromnej liczby firm, warto zrozumieć, ile pieniędzy realnie płynie od przedsiębiorców do wspólnej kasy. Obecnie w Polsce mamy około 2,5 miliona aktywnych JDG. Każda z tych osób co miesiąc przelewa do ZUS składki na ubezpieczenia społeczne (emerytalne, rentowe, wypadkowe i dobrowolne chorobowe) oraz składkę zdrowotną.
Nawet jeśli wielu przedsiębiorców korzysta z ulg, takich jak "Ulga na start", "ZUS preferencyjny" czy "Mały ZUS Plus", to po pewnym czasie większość z nich przechodzi na tzw. duży ZUS. W 2024 roku pełna składka na ubezpieczenia społeczne (bez zdrowotnej) wynosi około 1600 zł miesięcznie.
Spróbujmy oszacować, o jakich kwotach mówimy w skali miesiąca i roku, przyjmując bardzo uproszczone założenia:
Wynik jest jednoznaczny: Zniknięcie 2,5 mln JDG oznaczałoby natychmiastową dziurę w budżecie FUS (Funduszu Ubezpieczeń Społecznych) rzędu 36-40 miliardów złotych rocznie. To kwota, której nie dałoby się łatwo załatać bez drastycznego podniesienia podatków lub ogromnego zwiększenia deficytu budżetowego.
Kluczem do zrozumienia, dlaczego upadek JDG byłby zabójczy dla ZUS, jest natura polskiego systemu emerytalnego. Jest to system repartycyjny – co oznacza, że składki wpłacane dzisiaj przez osoby pracujące nie leżą w sejfie, czekając na ich emeryturę, ale są natychmiast wypłacane obecnym emerytom.
Gdyby 2,5 miliona osób przestało płacić składki, ZUS straciłby płynność finansową. Państwo musiałoby z dnia na dzień znaleźć miliardy złotych, aby wypłacić świadczenia obecnym seniorom. Choć teoretycznie w przyszłości ZUS nie musiałby wypłacać emerytur tym 2,5 milionom osób (bo nie wypracowałyby kapitału), to problem braku gotówki "tu i teraz" zniszczyłby stabilność finansową państwa.
Upadek 2,5 miliona firm to nie tylko problem składek ZUS. To przede wszystkim gigantyczny wstrząs dla całego ekosystemu gospodarczego.
Niektórzy mogliby argumentować, że skoro przedsiębiorcy płacą niskie składki, to ich przyszłe emerytury będą bardzo niskie (często na poziomie minimalnym), co zmusi państwo do dopłacania do nich z budżetu. Z tego punktu widzenia "pozbycie się" ich z systemu mogłoby wydawać się oszczędnością w perspektywie 30-40 lat.
Jest to jednak myślenie błędne. Po pierwsze, system potrzebuje dopływu gotówki dzisiaj, by przetrwać. Po drugie, przedsiębiorcy to grupa najbardziej aktywna zawodowo, która generuje PKB. To właśnie wzrost gospodarczy i konsumpcja napędzana przez te osoby pozwalają państwu finansować system emerytalny. Bez nich "tort" do podziału byłby znacznie mniejszy.
Warto pamiętać, że od 2022 roku (wprowadzenie Polskiego Ładu) składka zdrowotna dla przedsiębiorców jest nieodliczalna od podatku i w wielu przypadkach uzależniona od dochodu. To sprawiło, że JDG stały się jeszcze ważniejszym filarem finansowania publicznej służby zdrowia. Ich upadek oznaczałby więc nie tylko kryzys emerytalny, ale i natychmiastowe załamanie finansowania szpitali i przychodni.
Odpowiedź na pytanie, czy upadek 2,5 miliona JDG poprawiłby sytuację ZUS, jest zdecydowanie przecząca. Choć w teorii system pozbyłby się przyszłych zobowiązań wobec tych osób, to w praktyce:
Przedsiębiorcy na JDG, mimo że często korzystają z ryczałtowych składek, są niezbędnym paliwem dla systemu ubezpieczeń społecznych w Polsce. Ich stabilność jest gwarantem tego, że obecni emeryci otrzymują swoje świadczenia na czas.