Gość (37.30.*.*)
Przeglądając media społecznościowe, słuchając podcastów czy czytając artykuły popularnonaukowe tworzone przez współczesnych psychologów i psychoterapeutów, łatwo ulec wrażeniu, że zostaliśmy zasypani oceanem zakazów. Z każdej strony docierają do nas komunikaty typu: „nie rób tego”, „to zachowanie jest toksyczne”, „unikaj ludzi, którzy...”, „to ewidentna czerwona flaga”. Choć ta wiedza bywa niezwykle pomocna w identyfikowaniu niezdrowych relacji, rodzi to naturalne poczucie zagubienia. Dlaczego tak rzadko słyszymy o tym, co właściwie mamy robić? Gdzie podziały się konstruktywne wskazówki i drogowskazy do budowania dobrych, satysfakcjonujących relacji i zdrowego życia psychicznego?
Ten dominujący ton negacji we współczesnym przekazie psychologicznym nie jest dziełem przypadku. Wynika on z nałożenia się na siebie kilku zjawisk: od specyfiki ludzkiej ewolucji, przez mechanizmy działania mediów społecznościowych, aż po samą naturę współczesnej terapii.
Żyjemy w tak zwanej ekonomii uwagi. Twórcy internetowi – w tym psychologowie i psychoterapeutki budujący swoje zasięgi – muszą dostosować się do algorytmów, które promują treści wywołujące silne emocje. A nic nie elektryzuje nas tak bardzo, jak poczucie zagrożenia lub niesprawiedliwości.
Ludzki mózg wykazuje tak zwany błąd negatywności (ang. negativity bias). Ewolucyjnie jesteśmy zaprogramowani tak, aby szybciej i silniej reagować na bodźce negatywne niż pozytywne. Dla naszych przodków zignorowanie szelestu w krzakach (potencjalnego zagrożenia) mogło skończyć się śmiercią, podczas gdy zignorowanie pięknego kwiatu nie niosło za sobą takich konsekwencji.
W efekcie nagłówek „5 zachowań, którymi niszczysz swój związek” kliknie się wielokrotnie lepiej niż „5 sposobów na okazanie partnerowi czułości”. Psychologowie działający w sieci, chcąc dotrzeć do odbiorców, często podświadomie lub w pełni celowo wybierają formaty oparte na ostrzeżeniach, bo to one generują największe zaangażowanie.
W psychologii istnieje fundamentalna zasada: każdy człowiek jest inny, ma inną historię, wrażliwość i potrzeby. Z tego powodu sformułowanie uniwersalnej, pozytywnej recepty na udane życie lub związek jest niezwykle trudne, a wręcz ryzykowne.
O wiele łatwiej jest wskazać zachowania uniwersalnie destrukcyjne. Przemoc fizyczna, gaslighting, ciągła krytyka czy manipulacja są złe niemal w każdym kontekście – i tu psychologia może postawić jasną, twardą granicę. Kiedy jednak przychodzi do wskazania, jak należy postępować, sprawa się komplikuje:
Gdyby psychologowie zaczęli dawać sztywne, pozytywne instrukcje („rób tak i tak”), szybko zostaliby oskarżeni o dawanie „dobrych rad z poradników”, które u połowy odbiorców po prostu by się nie sprawdziły. Mówienie o tym, czego unikać, jest bezpieczniejszym i bardziej uniwersalnym gruntem.
Współczesna psychologia głównego nurtu mocno przesunęła punkt ciężkości z kolektywizmu (dostosowywania się do grupy, poświęcania się dla innych) na indywidualizm (ochronę własnego zdrowia psychicznego, asertywność i samorozwój).
W tym paradygmacie kluczowym pojęciem stały się granice osobiste. Aby jednak nauczyć się je stawiać, człowiek musi najpierw dowiedzieć się, na co się nie zgadza. Stąd tak ogromny nacisk w debacie publicznej na naukę mówienia „nie”, rozpoznawanie manipulacji i odcinanie się od ludzi, którzy wysysają z nas energię.
Niestety, skutkiem ubocznym tego trendu bywa hiper-indywidualizm. Skupiając się wyłącznie na tym, jak chronić siebie przed innymi, łatwo zapomnieć o tym, jak budować mosty. Przekaz staje się defensywny: świat zewnętrzny jest pełen zagrożeń i „toksycznych” ludzi, przed którymi trzeba się nieustannie bronić.
Choć dziś określamy tak niemal każde zachowanie, które nam się nie podoba, termin „toksyczna osobowość” spopularyzowała w 1989 roku Lillian Glass w swojej książce Toxic People. Początkowo odnosił się on do skrajnych, destrukcyjnych relacji. Dziś, w dobie inflacji pojęciowej, „toksycznym” potrafimy nazwać partnera, który po prostu zapomniał wynieść śmieci lub ma gorszy dzień.
Warto pamiętać, że to, co słyszymy w podcastach czy czytamy na Instagramie, to jedynie psychoedukacja, a nie terapia.
Zadaniem psychoedukacji w mediach społecznościowych jest szybkie nazwanie problemu i wzbudzenie autorefleksji. Często polega to na rzuceniu światła na schematy, z których nie zdawaliśmy sobie sprawy (np. „czy wiesz, że Twoje ciągłe przepraszanie to mechanizm obronny?”).
Konstruktywna praca – czyli odpowiadanie na pytanie „jak mam teraz z tym żyć i co robić zamiast tego?” – odbywa się dopiero w gabinecie terapeutycznym. Tam, w bezpiecznych warunkach i w odniesieniu do konkretnej historii życia, pacjent wspólnie z terapeutą wypracowuje nowe, zdrowe nawyki. Próba przeniesienia tego procesu na masowego odbiorcę w 60-sekundowym filmiku na TikToku jest po prostu niemożliwa.
Jeśli czujesz zmęczenie ciągłym zalewem komunikatów o tym, co robisz źle i jak bardzo „uszkodzeni” są ludzie wokół Ciebie, warto zmienić sposób filtrowania tych treści:
Współczesny język psychologiczny dał nam narzędzia do nazywania krzywd i stawiania granic, co jest ogromnym sukcesem. Kolejnym krokiem, który jako społeczeństwo musimy wykonać, jest jednak nauka tego, jak po wyznaczeniu tych granic bezpiecznie i z empatią wychodzić naprzeciw drugiemu człowiekowi.