Gość (37.30.*.*)
Jacques Brel, legendarny belgijski bard i jedna z największych ikon piosenki francuskiej, jest postacią, wokół której narosło wiele mitów. Jednym z najczęściej powtarzanych w ostatnich latach — szczególnie przy okazji promocji współczesnych widowisk poświęconych jego twórczości — jest twierdzenie, że artysta nigdy nie odwiedził naszego kraju. Prawda jest jednak zupełnie inna i znacznie bardziej fascynująca.
Wbrew informacjom, które czasem pojawiają się w mediach, Jacques Brel nie tylko wystąpił w Polsce, ale zrobił to w najważniejszym momencie swojej kariery. Jego wizyty miały miejsce dwukrotnie, co dla fanów piosenki aktorskiej i literackiej stanowi niezwykle istotny rozdział w historii polskiej kultury powojennej.
Pierwsza i najważniejsza wizyta odbyła się w styczniu 1961 roku. Brel był wówczas u szczytu formy, a jego sława wykraczała daleko poza kraje francuskojęzyczne. Artysta przyjechał do Polski na zaproszenie Pagartu (Polskiej Agencji Artystycznej) w ramach trasy koncertowej obejmującej kilka miast.
W 1961 roku Jacques Brel dał serię koncertów, które do dziś wspominają nieliczni świadkowie tamtych wydarzeń. Wystąpił między innymi w:
Bilety na te wydarzenia rozeszły się błyskawicznie, mimo że piosenka francuska w Polsce tamtego okresu była kojarzona raczej z elegancją Edith Piaf czy Charlesa Aznavoura. Brel przyniósł ze sobą coś zupełnie innego — brutalną szczerość, pot i niemal fizyczną walkę z każdym wyśpiewanym słowem.
Odpowiedź brzmi: tak, z niemal stuprocentową pewnością. Choć nie zachowały się kompletne nagrania audio z każdego polskiego koncertu z 1961 roku, utwór „Ne me quitte pas” (wydany w 1959 roku) był już wtedy absolutnym filarem jego repertuaru.
W tamtym czasie Brel nie wyobrażał sobie występu bez swojego największego hitu. Świadkowie koncertu w Sali Kongresowej opisywali jego występ jako ekstatyczny. Brel śpiewał tak intensywnie, że pod koniec występu był całkowicie przemoczony od potu, a jego interpretacja „Ne me quitte pas” — utworu, który sam nazywał „hymnem na cześć męskiego tchórzostwa” — wywoływała na widowni absolutną ciszę, po której następowały owacje na stojąco.
Warto wspomnieć, że Brel wrócił do Polski w lutym 1966 roku. Tym razem okoliczności były nieco inne — artysta odwiedził warszawskie studio Telewizji Polskiej. Spotkał się wtedy z Lucjanem Kydryńskim, legendarnym popularyzatorem muzyki, i zarejestrował występ dla TVP. Z tego okresu pochodzi m.in. słynne wykonanie utworu „Amsterdam”. Był to jeden z ostatnich momentów, kiedy można było zobaczyć go na scenie, ponieważ niedługo później, w 1967 roku, Brel oficjalnie zrezygnował z dawania recitali.
Wizyta Brela w Polsce w latach 60. miała ogromny wpływ na rozwój polskiej piosenki aktorskiej. To właśnie po tych koncertach polscy twórcy, z Wojciechem Młynarskim na czele, zaczęli na poważnie interesować się przekładaniem jego tekstów.
Genialne tłumaczenia Młynarskiego („Nie opuszczaj mnie”, „Burżuje”, „Cukierki”) sprawiły, że Brel stał się w Polsce artystą niemal „przysposobionym”. Wykonania Michała Bajora czy spektakle w Teatrze Ateneum ugruntowały jego pozycję jako barda, którego twórczość idealnie rezonowała z polską wrażliwością.
Choć „Ne me quitte pas” uważa się za najpiękniejszą piosenkę o miłości (lub jej braku), sama Edith Piaf początkowo jej nie znosiła. Twierdziła, że mężczyzna nie powinien tak bardzo się poniżać przed kobietą, błagając ją o pozostanie. Brel jednak nie dbał o konwenanse — dla niego liczyły się emocje w ich najczystszej, często bolesnej formie.
Występy Jacquesa Brela w Polsce to nie tylko fakt historyczny, ale dowód na to, że prawdziwa sztuka potrafiła przebić się nawet przez „żelazną kurtynę”, zostawiając trwały ślad w sercach słuchaczy. Jeśli więc kiedykolwiek usłyszycie, że Brel nigdy u nas nie był — możecie śmiało sprostować tę informację, przywołując mroźny styczeń 1961 roku i gorącą atmosferę Sali Kongresowej.