Gość (37.30.*.*)
Muzyka, której słuchamy dzisiaj, nie wzięła się znikąd. To fascynująca sieć powiązań, zapożyczeń i wzajemnych inspiracji, która przypomina ogromne drzewo genealogiczne. Jeśli zastanawiasz się, czy country i blues mają ze sobą coś wspólnego, odpowiedź brzmi: zdecydowanie tak. Choć dziś te gatunki kojarzą się z zupełnie innymi światami – country z kowbojskim kapeluszem, a blues z dymnym klubem i melancholią – ich korzenie są splecione niemal nierozerwalnie.
Aby zrozumieć, dlaczego country i blues są jak rodzeństwo, musimy cofnąć się do przełomu XIX i XX wieku na południe Stanów Zjednoczonych. To właśnie tam, w delcie Mississippi i w Appalachach, doszło do niezwykłego spotkania kultur. Z jednej strony mieliśmy tradycje afrykańskie, przywiezione przez niewolników (rytmy, pieśni pracy, spirituals), a z drugiej – europejskie ballady i tańce ludowe, które przywieźli ze sobą osadnicy z Irlandii, Szkocji czy Anglii.
W tamtym czasie muzyka nie była tak sztywno podzielona na gatunki, jak dzisiaj. Biedni rolnicy, zarówno czarnoskórzy, jak i biali, często pracowali obok siebie i wymieniali się melodiami oraz technikami gry. Instrumenty takie jak gitara, banjo (które wywodzi się z Afryki!) czy skrzypce były używane w obu tradycjach.
Ciekawostką jest postać Jimmiego Rodgersa, nazywanego „ojcem muzyki country”. Jego styl opierał się na tzw. „blue yodels” – łączył on tradycyjne jodłowanie z klasyczną strukturą bluesa. To idealny dowód na to, że u zarania tych gatunków granica między nimi była bardzo płynna. Dopiero przemysł muzyczny w latach 20. XX wieku zaczął sztucznie dzielić tę muzykę na „hillbilly music” (dla białych) i „race records” (dla czarnoskórych), co utrwaliło podział na country i bluesa.
To jedno z najczęstszych pytań dotyczących historii muzyki. Krótka odpowiedź brzmi: nie, jazz nie jest odmianą bluesa, ale blues jest absolutnym fundamentem jazzu. Można powiedzieć, że blues to DNA, z którego jazz wyewoluował, ale obie te formy muzyczne poszły w zupełnie innych kierunkach.
Blues jest zazwyczaj prostszy w swojej strukturze – opiera się na powtarzalnym schemacie (najczęściej 12-taktowym) i skupia się na przekazywaniu emocji, często smutku, tęsknoty lub buntu. Jazz natomiast narodził się w Nowym Orleanie jako wybuchowa mieszanka bluesa, ragtime’u i europejskiej muzyki marszowej. Jest znacznie bardziej skomplikowany harmonicznie i rytmicznie.
Choć oba gatunki narodziły się z tego samego pnia afroamerykańskiej kultury, różnią się kilkoma istotnymi elementami:
Warto wiedzieć, że bez bluesa nie mielibyśmy nie tylko jazzu czy country, ale przede wszystkim rock and rolla. Kiedy w latach 50. biali muzycy (jak Elvis Presley) zaczęli grać bluesowe rytmy z energią country, narodził się gatunek, który zmienił świat. To właśnie dlatego mówi się, że „blues miał dziecko i nazwano je rock and roll”.
Podsumowując, country i blues wyrosły z tego samego tygla kulturowego amerykańskiego Południa, czerpiąc z tych samych trudnych doświadczeń życiowych i biedy. Jazz z kolei wziął z bluesa to, co najlepsze – emocjonalność i „blue notes” (obniżone dźwięki nadające charakterystyczne brzmienie) – i połączył to z wirtuozerią oraz nowoorleańskim polotem, tworząc zupełnie nową jakość. Dzisiaj te gatunki żyją własnym życiem, ale ich wspólne korzenie wciąż słychać w każdym szarpnięciu struny czy dźwięku saksofonu.