Gość (37.30.*.*)
Przekonanie, że sukces komercyjny wyklucza wysoką wartość artystyczną, to jeden z najtrwalszych mitów w świecie kultury. Często spotykamy się z opinią, że jeśli coś podoba się milionom, musi być uproszczone, banalne lub skrojone pod najniższy wspólny mianownik. Z kolei dzieła trudne, niezrozumiałe dla ogółu i dostępne tylko dla nielicznych, zyskują w oczach niektórych krytyków status „prawdziwej sztuki”. To podejście ma swoje głębokie korzenie historyczne i socjologiczne, ale – jak słusznie zauważasz – często ignoruje realia, w jakich tworzyli najwięksi mistrzowie.
Aby zrozumieć, dlaczego współczesna krytyka bywa tak sceptyczna wobec sukcesu finansowego, musimy cofnąć się do epoki romantyzmu. To właśnie wtedy narodził się kult genialnego artysty, który tworzy w izolacji, kierowany wyłącznie wewnętrznym natchnieniem, a nie chęcią zysku. Wcześniej, w baroku czy klasycyzmie, artysta był traktowany raczej jak rzemieślnik wysokiej klasy. Miał zleceniodawcę, termin i konkretne wymagania do spełnienia.
W XIX wieku nastąpiła zmiana paradygmatu – sztuka zaczęła być postrzegana jako nowa forma religii, a artysta jako prorok. W tym ujęciu każda próba przypodobania się publiczności była traktowana jako „sprzedanie duszy” i zdrada ideałów. Ten sposób myślenia przetrwał do dziś i stał się fundamentem dla wielu krytyków, którzy podświadomie zakładają, że popularność jest dowodem na artystyczny kompromis.
Przykład Mozarta i Beethovena idealnie obala dogmat o wyższości sztuki elitarnej nad tą, która szuka kontaktu z widzem. Wolfgang Amadeusz Mozart był wybitnym strategiem rynkowym swoich czasów. Doskonale rozumiał, że jego opery muszą „wpadać w ucho”. Zachowały się listy, w których opisuje, jak modyfikował arie, by lepiej pasowały do możliwości konkretnych śpiewaków lub by wywołały większy aplauz publiczności. Dla niego sukces mierzony liczbą sprzedanych biletów i popularnością melodii nuconych na ulicach Wiednia był dowodem na to, że jego muzyka żyje.
Z kolei Ludwig van Beethoven, choć kojarzony z bezkompromisowością, był jednym z pierwszych kompozytorów, którzy potrafili twardo negocjować z wydawcami. Wiedział, że aby zachować niezależność, musi odnieść sukces komercyjny. Zmieniał fragmenty swoich dzieł, jeśli okazywały się zbyt trudne dla amatorów grających w domach, bo to właśnie oni kupowali nuty, generując lwią część jego dochodów. Czy to umniejsza jego geniuszowi? Wręcz przeciwnie – pokazuje, że wielka sztuka potrafi komunikować się na wielu poziomach jednocześnie.
Socjolog Pierre Bourdieu wprowadził pojęcie „dystynkcji”, które doskonale wyjaśnia niechęć krytyków do masowości. Według tej teorii, grupy o wysokim kapitale kulturowym (elity, krytycy) używają sztuki jako narzędzia do odróżnienia się od „zwykłych ludzi”. Jeśli jakieś dzieło staje się powszechnie zrozumiałe i lubiane, traci swoją funkcję jako symbol statusu.
Dla części krytyków uznanie sukcesu komercyjnego za wartość byłoby przyznaniem, że ich specjalistyczna wiedza nie jest niezbędna do dekodowania sztuki. Dlatego promują dzieła hermetyczne – im trudniejszy jest próg wejścia, tym wyższa ranga tych, którzy potrafią go przekroczyć. To tworzy swoisty zamknięty obieg, w którym sztuka powstaje dla krytyków, a krytycy piszą dla artystów, całkowicie pomijając społeczeństwo.
William Szekspir, dziś uznawany za absolutny szczyt literatury wysokiej, w swoich czasach był twórcą wybitnie komercyjnym. Jego sztuki były pisane tak, aby przyciągnąć zarówno wykształconą szlachtę, jak i niewykształcony lud, który w trakcie spektaklu pił piwo i głośno komentował akcję. Szekspir nie stronił od brutalności, niewybrednych żartów i zwrotów akcji typowych dla dzisiejszych seriali, a wszystko to po to, by teatr Globe pękał w szwach.
Oczywiście, istnieje zjawisko „równania w dół”, gdzie produkty kultury są upraszczane tylko po to, by sprzedać ich jak najwięcej. Jednak błędem logicznym jest zakładanie, że dzieje się tak w każdym przypadku. Historia pokazuje, że najwybitniejsze dzieła to często te, które potrafią połączyć głębię intelektualną z atrakcyjną formą.
Współczesne kino (np. filmy Christophera Nolana czy Denisa Villeneuve’a) czy muzyka (np. Radiohead) udowadniają, że można tworzyć rzeczy ambitne, które jednocześnie zarabiają miliony. Krytycy, którzy z góry odrzucają sukces komercyjny, wpadają w pułapkę snobizmu, tracąc z oczu to, co w sztuce najważniejsze – jej zdolność do poruszania ludzi i zmieniania ich postrzegania świata, niezależnie od tego, jak wielu ich jest.
Warto pamiętać, że czas jest najsurowszym krytykiem. Wiele dzieł, które w swoich epokach były uważane za „czystą sztukę” tylko dla wybranych, dziś jest całkowicie zapomnianych. Przetrwały natomiast te, które – jak utwory Mozarta czy dramaty Szekspira – potrafiły nawiązać autentyczny dialog z odbiorcą, nie bojąc się przy tym sukcesu finansowego.