Gość (37.30.*.*)
Zjawisko, w którym sukces komercyjny jest traktowany jako dowód na artystyczny regres, towarzyszy kulturze od dekad. Kiedy Luciano Pavarotti, Plácido Domingo i José Carreras wyszli na stadiony, świat oszalał z zachwytu, ale w kuluarach prestiżowych operowych teatrów słychać było zgrzytanie zębów. Dla wielu krytyków fakt, że aria operowa „Nessun dorma” stała się hitem nuconym przez kibiców piłkarskich, był sygnałem, że sacrum sztuki wysokiej zostało sprofanowane przez profanum popkultury. Skąd bierze się to przekonanie i czy faktycznie miliony sprzedanych płyt muszą oznaczać spadek jakości?
U podstaw krytycznego sceptycyzmu leży romantyczna wizja artysty jako niezrozumianego geniusza, który tworzy w izolacji, nie dbając o poklask tłumów. W tym nurcie myślenia prawdziwa sztuka powinna stawiać opór, być trudna w odbiorze i wymagać od widza specjalistycznego przygotowania. Jeśli coś jest „łatwe” i wpada w ucho milionom, krytyk często zakłada, że autor musiał pójść na kompromis, uprościć przekaz lub wygładzić ostre krawędzie swojego talentu, by przypodobać się masowemu odbiorcy.
W socjologii kultury zjawisko to opisał Pierre Bourdieu, wprowadzając pojęcie „dystynkcji”. Według niego sztuka pełni funkcję narzędzia do budowania barier społecznych. Elita potrzebuje kodów, których nie rozumie „zwykły człowiek”, aby potwierdzić swój status. Gdy Trzej Tenorzy wychodzą na stadion, te kody zostają złamane – opera przestaje być ekskluzywnym klubem, a staje się wspólnym doświadczeniem. Dla niektórych krytyków to nie jest demokratyzacja piękna, lecz utrata kontroli nad „wysokim” kapitałem kulturowym.
Krytycy często podnoszą argument, że występy takie jak te Pavarottiego na stadionach wyrywają fragmenty sztuki z ich naturalnego kontekstu. Opera to wielogodzinny dramat, w którym aria jest kulminacją emocji budowanych przez cały akt. Wykonywanie samych „hitów” obok popularnych piosenek neapolitańskich czy przebojów popowych sprawia, że zdaniem purystów sztuka staje się produktem – zestawem efektownych popisów wokalnych pozbawionych głębi narracyjnej.
Warto jednak zauważyć, że ten „dogmat” o wyższości niszowości nad masowością często ignoruje historię. W czasach Verdiego czy Pucciniego opera była rozrywką popularną. Ludzie wychodzili z teatrów, śpiewając arie na ulicach, dokładnie tak, jak robili to fani po koncertach Trzech Tenorów. To dopiero XX wiek i rozwój awangardy mocno odseparowały twórcę od szerokiej publiczności, tworząc mur, którego niektórzy krytycy pilnują do dziś.
Czy wiesz, że po słynnym koncercie Trzech Tenorów w Rzymie w 1990 roku, sprzedaż albumów z muzyką klasyczną wzrosła na całym świecie o kilkaset procent? Luciano Pavarotti stał się pierwszym tenorem w historii, który trafił na listy przebojów zdominowane przez rock i pop. Choć krytycy grzmieli o „komercjalizacji”, to właśnie dzięki temu wydarzeniu miliony młodych ludzi po raz pierwszy usłyszały o takich kompozytorach jak Giacomo Puccini.
Głównym problemem w debacie o sukcesie komercyjnym jest utożsamianie popularności z brakiem autentyczności. Krytycy często zapominają, że techniczny kunszt Pavarottiego czy Dominga nie malał tylko dlatego, że śpiewali przed stutysięcznym tłumem zamiast przed pięciuset osobami w La Scali. Ich technika oddechowa, barwa głosu i interpretacja pozostawały na najwyższym światowym poziomie.
Problem pojawia się wtedy, gdy „opakowanie” zaczyna dominować nad treścią. Krytycy boją się, że stadiony wymuszają użycie nagłośnienia (co w operze tradycyjnie jest niedopuszczalne) oraz że oprawa wizualna staje się ważniejsza od subtelności muzycznych. To realne zagrożenie, ale zakładanie z góry, że każdy masowy projekt jest artystycznie bezwartościowy, jest uproszczeniem, które krzywdzi zarówno twórców, jak i odbiorców.
Spór o komercyjny sukces w sztuce to w rzeczywistości spór o to, do kogo sztuka należy. Jeśli przyjmiemy, że ma ona wzbogacać ducha i uwrażliwiać, to ograniczanie jej do wąskiej grupy „wtajemniczonych” wydaje się sprzeczne z jej misją. Krytycy, którzy z góry odrzucają sukces komercyjny, często wpadają w pułapkę snobizmu, zapominając, że wielka sztuka ma moc poruszania każdego, niezależnie od grubości portfela czy wykształcenia.
Ostatecznie to czas jest najlepszym recenzentem. Występy Trzech Tenorów, choć kiedyś kontrowersyjne, dziś są wspominane jako kamienie milowe w historii muzyki, które otworzyły drzwi do opery nowym pokoleniom. Może więc warto przestać pytać, czy coś jest „zbyt popularne”, a zacząć pytać, czy po prostu jest dobre? W przypadku Pavarottiego odpowiedź dla większości z nas wydaje się oczywista.