Gość (37.30.*.*)
Wielu z nas z nostalgią wspomina sobotnie poranki przed telewizorem w latach 90., kiedy to bez większych przeszkód mogliśmy oglądać produkcje, które dziś wywołałyby u współczesnych regulatorów mediów co najmniej uniesienie brwi. Kultowe kreskówki pełne czarnego humoru, brutalne filmy akcji emitowane w porze obiadowej czy reklamy, które dziś uznano by za wysoce niestosowne – to była codzienność widzów dorastających kilka dekad temu. Stwierdzenie, że obecnie w mediach głównego nurtu można pokazać mniej, nie jest jedynie subiektywnym odczuciem „pokolenia X” czy milenialsów, ale faktem znajdującym potwierdzenie w analizach medioznawczych i socjologicznych.
Choć żyjemy w czasach, w których dzięki internetowi dostęp do wszelkiego rodzaju treści – od ekstremalnej przemocy po pornografię – jest na wyciągnięcie ręki, media tradycyjne (telewizja, radio, prasa) oraz duże platformy streamingowe stały się paradoksalnie znacznie bardziej zachowawcze. Zjawisko to tłumaczy się tzw. „panoptykonem cyfrowym”. W latach 80. i 90. kontrowersyjna scena w filmie wyemitowanym o godzinie 16:00 mogła przejść niezauważona lub wywołać co najwyżej kilka listów do redakcji. Dziś każda taka sytuacja w ciągu kilku minut staje się viralem w mediach społecznościowych, wywołując lawinę krytyki, bojkoty reklamodawców i natychmiastowe reakcje organów regulacyjnych.
Specjaliści od marketingu i mediów podkreślają, że współczesne korporacje panicznie boją się „cancel culture” (kultury unieważniania). Internet sprawił, że głos jednostki lub małej grupy może zyskać globalny zasięg, co zmusza nadawców do stosowania autocenzury i podwyższania kategorii wiekowych dla starszych produkcji. To, co kiedyś było uznawane za „nieszkodliwą rozrywkę”, dziś analizowane jest pod kątem inkluzywności, poprawności politycznej oraz potencjalnego wpływu na psychikę młodego widza.
Przykładów nie trzeba szukać daleko. Filmy takie jak „Dirty Dancing”, „Grease” czy nawet niektóre odcinki klasycznych kreskówek Disneya i Warner Bros., otrzymują obecnie dodatkowe plansze ostrzegawcze lub są przesuwane na późniejsze godziny emisji. Przyczyną jest zmiana wrażliwości społecznej. To, co w latach 80. uchodziło za „męski żart” lub „niewinną zabawę”, dziś często definiowane jest jako molestowanie, rasizm lub promowanie szkodliwych wzorców zachowań.
Eksperci zajmujący się psychologią rozwojową wskazują również na zjawisko „nadopiekuńczego rodzicielstwa” (ang. helicopter parenting), które przeniosło się na grunt cyfrowy. Rodzice, bombardowani z internetu informacjami o zagrożeniach czyhających na ich dzieci, domagają się od nadawców coraz szczelniejszych filtrów. W efekcie standardy, które kiedyś obowiązywały dla filmów „od lat 12”, dziś często są przypisywane produkcjom „od lat 16”.
Warto wiedzieć, że systemy oceniania treści nie są stałe. Na przykład w USA kategoria PG-13 (odpowiednik polskiego „za zgodą rodziców”) powstała dopiero w 1984 roku, głównie za sprawą filmu „Indiana Jones i Świątynia Zagłady”, który uznano za zbyt brutalny dla dzieci, ale zbyt łagodny na kategorię R (dla dorosłych). Dziś wiele filmów z tamtego okresu, które miały kategorię PG, przy ponownej ocenie otrzymałoby znacznie wyższe restrykcje.
Pytanie o trwałość tego zjawiska dzieli badaczy kultury. Jedna grupa uważa, że mamy do czynienia z naturalnym procesem cywilizacyjnym – stajemy się po prostu bardziej empatyczni i świadomi wpływu obrazów na naszą podświadomość. Z tej perspektywy powrót do „dzikich lat 90.” jest niemożliwy, ponieważ nasze społeczeństwo trwale odrzuciło pewne formy ekspresji jako szkodliwe.
Druga grupa specjalistów sugeruje jednak, że wahadło wychyliło się zbyt mocno w stronę purytanizmu i wkrótce nastąpi odreagowanie. Już teraz widać zmęczenie części odbiorców nadmierną poprawnością, co objawia się sukcesem platform niszowych, oferujących treści „bez cenzury”. Niemniej jednak, w mediach głównego nurtu, zależnych od wielkich budżetów reklamowych, ostrożność pozostanie standardem. Marki nie chcą być kojarzone z niczym, co mogłoby wywołać kontrowersje w mediach społecznościowych.
Psycholodzy zwracają uwagę na jeszcze jeden aspekt: lęk i nieufność generowane przez internet nie dotyczą tylko samej treści, ale i sposobu jej konsumpcji. W latach 90. telewizję oglądało się wspólnie w salonie, co pozwalało rodzicom na bieżąco tłumaczyć dzieciom to, co widzą na ekranie. Dziś dziecko często ogląda treści samotnie na smartfonie. Brak nadzoru sprawia, że regulatorzy czują się zmuszeni do narzucania surowszych norm „odgórnie”, ponieważ nie mogą polegać na filtrze, jakim była kiedyś obecność rodzica.
Zjawisko to tłumaczy się również jako próbę odzyskania kontroli nad chaosem informacyjnym. W świecie, gdzie w sieci można znaleźć wszystko, rygorystyczne ograniczenia wiekowe w oficjalnych kanałach dystrybucji mają być swoistym „certyfikatem bezpieczeństwa” dla zagubionego w nadmiarze bodźców konsumenta.
Podsumowując, zmiana w podejściu do tego, co wolno pokazać w mediach, jest wynikiem splotu technologii, zmian społecznych i lęków ekonomicznych. Choć internet daje wolność wyboru, to paradoksalnie przyczynił się do „ugrzecznienia” oficjalnego obiegu kultury, czyniąc z dawnych hitów popołudniowych pasma dla dorosłych.