Gość (37.30.*.*)
Obserwując ramówki najpopularniejszych stacji dostępnych w ramach bezpłatnej telewizji naziemnej, trudno nie odnieść wrażenia, że serwowane nam treści stają się coraz prostsze, a momentami wręcz banalne. Telewizja, jaką znamy, przechodzi ogromną transformację, a jej głównym paliwem są zmieniające się statystyki demograficzne. Czy jednak faktycznie mamy do czynienia z celowym „ogłupianiem” widza, czy to po prostu chłodna kalkulacja biznesowa? I co najważniejsze – czy za dwie dekady w ogóle będziemy jeszcze używać anten dachowych?
Zjawisko, które często określamy mianem infantylizacji, w świecie mediów nazywa się po prostu dostosowaniem formatu do profilu odbiorcy. Nie jest tajemnicą, że młodsze pokolenia (Z oraz Alfa) niemal całkowicie zrezygnowały z linearnego oglądania telewizji na rzecz platform streamingowych, YouTube’a czy TikToka. Głównym odbiorcą telewizji naziemnej stał się senior oraz osoby z mniejszych miejscowości, które cenią sobie tradycyjny model konsumpcji mediów.
Stacje telewizyjne, walcząc o słupki oglądalności, stawiają na formaty „bezpieczne” i łatwe w odbiorze. Teleturnieje oparte na prostych zasadach, paradokumenty czy seriale obyczajowe o nieskomplikowanej fabule nie wymagają od widza pełnego skupienia. Pozwalają na oglądanie „jednym okiem” podczas wykonywania domowych czynności. To nie tyle chęć infantylizacji, co próba zatrzymania przy ekranie widza, który szuka w telewizji relaksu i poczucia wspólnoty, a niekoniecznie intelektualnych wyzwań.
Badania wykazują, że dla wielu starszych osób telewizor pełni funkcję „towarzysza”. Często jest włączony przez cały dzień, nawet jeśli nikt go aktywnie nie ogląda. Twórcy programów doskonale o tym wiedzą, dlatego konstruują audycje tak, by były one zrozumiałe nawet wtedy, gdy usłyszymy tylko fragment dialogu z kuchni.
Prognozowanie przyszłości technologii na dwie dekady do przodu zawsze wiąże się z pewnym ryzykiem, ponieważ rozwój infrastruktury cyfrowej bywa nieprzewidywalny. Obecnie nie istnieją oficjalne, wiążące decyzje rządowe czy międzynarodowe, które wyznaczałyby konkretną datę całkowitego wyłączenia sygnału naziemnego w Polsce w perspektywie najbliższych 20 lat. Możemy jednak przeanalizować trendy, które sugerują, w jakim kierunku zmierzamy.
Kluczowym czynnikiem jest walka o częstotliwości radiowe. Pasma, na których obecnie nadawana jest telewizja (DVB-T2), są niezwykle cenne dla operatorów telefonii komórkowej. Wraz z rozwojem sieci 5G, a w przyszłości 6G, naciski na „odzyskanie” tych pasm od telewizji będą rosły. Już teraz obserwujemy proces zwalniania kolejnych zakresów częstotliwości (tzw. dywidenda cyfrowa) na rzecz internetu mobilnego.
Mimo ekspansji streamingu, telewizja naziemna ma kilka asów w rękawie, które mogą sprawić, że przetrwa dłużej, niż nam się wydaje:
Z drugiej strony, za 15–20 lat dzisiejsi 40-latkowie będą seniorami. Jest to pokolenie w pełni cyfrowe, które potrafi obsługiwać VOD i przyzwyczajone jest do oglądania tego, co chce i kiedy chce. Dla nich tradycyjna ramówka z przerwami na reklamy może być po prostu nieakceptowalna.
Prawdopodobnym scenariuszem nie jest całkowite zniknięcie kanałów linearnych, ale ich pełna migracja do sieci. Standardy takie jak HbbTV (telewizja hybrydowa) już teraz łączą sygnał z anteny z treściami z internetu. W przyszłości „telewizja naziemna” może stać się po prostu aplikacją wbudowaną w każdy telewizor, przesyłającą obraz przez sieć 5G/6G bez konieczności montowania anteny na dachu.
To, co postrzegamy jako infantylizację, jest naturalną ewolucją rynku, który dzieli się na „treści premium” (dostępne w płatnym streamingu) oraz „treści masowe” (dostępne w darmowej telewizji). Choć technologia nadawania naziemnego może zostać wyparta przez internet, same kanały telewizyjne prawdopodobnie przetrwają, zmieniając jedynie sposób, w jaki trafiają do naszych domów. Czy nastąpi to dokładnie za 15 czy 25 lat? Tego nie da się dziś jednoznacznie zweryfikować, ale kierunek zmian jest nieodwracalny.