Gość (37.30.*.*)
Wprowadzenie powszechnych wyborów na kluczowe stanowiska w administracji samorządowej, wymiarze sprawiedliwości oraz w obszarze ochrony praw obywatelskich byłoby jedną z największych reform ustrojowych w historii III RP. Taki krok oznaczałby przejście od modelu demokracji przedstawicielskiej, w której decydują partie i koalicje, w stronę modelu bardziej partycypacyjnego, wzorowanego częściowo na rozwiązaniach amerykańskich czy szwajcarskich. Co konkretnie mogłoby się zmienić w polskiej rzeczywistości?
Obecnie marszałek województwa jest wybierany przez radnych sejmiku. Często jest to wynik żmudnych negocjacji koalicyjnych, a samo nazwisko marszałka bywa dla przeciętnego wyborcy zagadką. Wprowadzenie wyborów bezpośrednich całkowicie zmieniłoby tę dynamikę.
Po pierwsze, marszałek zyskałby silny, osobisty mandat społeczny. Stałby się postacią centralną w regionie, kimś na kształt "prezydenta województwa". Taka zmiana mogłaby zwiększyć zainteresowanie wyborami samorządowymi na szczeblu regionalnym, które obecnie często przegrywają z wyborami do rad gmin czy miast.
Po drugie, brak prawa weta wobec budżetu przy jednoczesnym powiązaniu kadencji z sejmikiem to bezpiecznik mający zapobiegać paraliżowi decyzyjnemu. Marszałek musiałby współpracować z sejmikiem, nawet jeśli wywodziłby się z innej opcji politycznej. To wymuszałoby kulturę kompromisu, choć w polskich realiach mogłoby też prowadzić do widowiskowych sporów na linii "silny marszałek – opozycyjny sejmik".
Propozycja bezpośrednich wyborów Prokuratora Generalnego oraz 16 prokuratorów wojewódzkich na niezwykle długą, 16-letnią kadencję, to próba całkowitego odcięcia prokuratury od świata polityki parlamentarnej.
Obecnie prokuratura jest silnie zhierarchizowana i często utożsamiana z aktualną władzą (szczególnie gdy funkcję PG pełni Minister Sprawiedliwości). Wybory powszechne i 16-letni staż pracy jako wymóg wejścia do gry miałyby zagwarantować profesjonalizm i odporność na naciski.
Jednak taka zmiana niesie ze sobą ogromne wyzwania:
Wybór Rzecznika Praw Rodzin na 10-letnią kadencję w głosowaniu powszechnym stworzyłby nową, bardzo silną instytucję w polskim systemie prawnym. Obecnie kwestie praw rodziny są rozproszone między Rzecznika Praw Obywatelskich, Rzecznika Praw Dziecka i ministerstwa.
Dziesięcioletnia kadencja, wykraczająca poza dwie kadencje Sejmu, pozwoliłaby na prowadzenie długofalowej polityki ochrony rodziny, niezależnej od tego, kto aktualnie zasiada w rządzie. Osoba na tym stanowisku stałaby się głównym arbitrem w sporach światopoglądowych i socjalnych dotyczących komórki społecznej, jaką jest rodzina. Wybory powszechne nadałyby temu urzędowi ogromną wagę symboliczną – rzecznik nie byłby "urzędnikiem z nadania", ale reprezentantem milionów Polaków.
W Stanach Zjednoczonych wybory prokuratorów (na szczeblu stanowym i lokalnym) są normą. Zwolennicy tego rozwiązania wskazują na transparentność i odpowiedzialność przed obywatelami. Krytycy jednak zauważają, że prokuratorzy w USA często podejmują decyzje pod publiczkę, by wygrać kolejną kadencję – w Twoim modelu zakaz reelekcji i długa kadencja (16 lat) miałyby ten problem wyeliminować.
Główną zmianą byłoby poczucie większego wpływu na państwo, ale też... zmęczenie wyborcze. Polacy musieliby częściej chodzić do urn i analizować programy nie tylko partii, ale i konkretnych prawników czy administratorów.
Zalety takiego rozwiązania:
Zagrożenia:
Wprowadzenie takich zmian wymagałoby głębokiej nowelizacji Konstytucji RP, ponieważ obecny ustrój opiera się na innych fundamentach podziału władzy. Byłby to eksperyment na żywym organizmie państwa, który mógłby albo uzdrowić polską demokrację, albo wprowadzić ją w stan permanentnego chaosu decyzyjnego.