Gość (37.30.*.*)
Temat zmian w systemie podatkowym i emerytalnym zawsze budzi ogromne emocje, zwłaszcza gdy dotyka portfeli osób młodych i bezdzietnych. Propozycja wprowadzenia drastycznego „bykowego”, podniesienia składek emerytalnych oraz zwiększenia limitu 30-krotności ZUS do 40-krotności to scenariusz, który teoretycznie ma ratować demografię i finanse państwa, ale w praktyce niesie ze sobą szereg skomplikowanych konsekwencji społecznych i gospodarczych. Przyjrzyjmy się, czy takie rozwiązanie faktycznie mogłoby zadziałać, czy raczej stałoby się gwoździem do trumny dla polskiej gospodarki.
„Bykowe” to termin znany starszym pokoleniom – w Polsce Ludowej był to realny podatek płacony przez osoby bezdzietne i nieżonate powyżej pewnego roku życia. Propozycja opodatkowania singli stawką 20% i małżeństw bez dzieci stawką 10% już od 21. roku życia jest niezwykle radykalna. W dzisiejszych realiach ekonomicznych młodzi ludzie w tym wieku często dopiero zaczynają studia lub stawiają pierwsze kroki na rynku pracy, zarabiając najniższe krajowe pensje.
Z punktu widzenia psychologii ekonomicznej, karanie finansowe za brak dzieci rzadko przynosi zamierzony skutek w postaci wzrostu dzietności. Decyzja o powiększeniu rodziny zależy od poczucia stabilizacji, dostępności mieszkań i opieki medycznej, a nie od ucieczki przed karą finansową. Wprowadzenie tak wysokiego obciążenia mogłoby przynieść efekt odwrotny: młodzi ludzie mieliby jeszcze mniej pieniędzy na usamodzielnienie się, co odsunęłoby decyzję o dziecku w czasie.
Podniesienie składki emerytalnej o 1,5%, a dla osób bezdzietnych nawet o 5,5%, to potężny cios w wynagrodzenia netto. Obecnie klin podatkowy w Polsce i tak jest odczuwalny dla klasy średniej. Tak drastyczna podwyżka składek dla osób powyżej 21. roku życia mogłaby doprowadzić do kilku zjawisk:
Warto zauważyć, że choć wyższe składki oznaczają wyższy kapitał na koncie w ZUS, to przy obecnej konstrukcji systemu „zdefiniowanej składki”, realna wartość przyszłej emerytury i tak zależy od kondycji gospodarki w momencie przejścia na odpoczynek.
Obecnie obowiązuje tzw. limit 30-krotności – po przekroczeniu pewnego pułapu rocznych zarobków (30-krotność prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia), pracownik i pracodawca przestają płacić składki emerytalne i rentowe. Podniesienie tego limitu do 40-krotności to prosty sposób na szybkie zwiększenie wpływów do budżetu państwa „tu i teraz”.
Jednak kij ma dwa końce. System emerytalny w Polsce opiera się na zasadzie, że ile wpłacisz, tyle (teoretycznie) wyjmiesz. Podniesienie limitu oznacza, że w przyszłości państwo będzie musiało wypłacać bardzo wysokie emerytury najbogatszym obywatelom. To tworzy ogromne zobowiązanie dla przyszłych pokoleń. Dodatkowo, takie rozwiązanie najbardziej uderza w wysokiej klasy specjalistów, np. z branży IT czy inżynierów, co może hamować innowacyjność gospodarki.
System emerytalny oparty na solidarności pokoleniowej (FUS) stoi przed ogromnym wyzwaniem ze względu na starzenie się społeczeństwa. Proponowane zmiany mogłyby krótkoterminowo „zasypać dziurę” w budżecie ZUS, ale długofalowo niosą ze sobą ryzyko systemowe.
Wspomniane „bykowe” nie było tylko polskim pomysłem. Podobne podatki obowiązywały m.in. w starożytnym Rzymie (Lex Papia Poppaea), gdzie karano finansowo osoby bezdzietne, by odbudować populację po wojnach domowych. W ZSRR podatek ten wprowadzono w 1941 roku i wynosił on 6% dochodów. Historia pokazuje jednak, że takie daniny rzadko trwale zmieniały trendy demograficzne, a częściej stawały się po prostu dodatkowym źródłem dochodu dla skarbu państwa.
Gdyby takie zmiany weszły w życie, mielibyśmy do czynienia z rewolucją. Z jednej strony budżet państwa otrzymałby potężny zastrzyk gotówki, co mogłoby oddalić wizję niewypłacalności ZUS o kilka dekad. Z drugiej strony, koszty społeczne mogłyby być opłakane.
Młodzi ludzie, zamiast zakładać rodziny, mogliby poczuć się wypychani z kraju. Sprawiedliwość społeczna systemu, w którym singiel płaci 20% podatku więcej tylko ze względu na stan cywilny, byłaby szeroko kwestionowana przed Trybunałem Konstytucyjnym i instytucjami unijnymi. Wydaje się, że kluczem do ratowania systemu emerytalnego jest raczej zachęcanie do dłuższej aktywności zawodowej i imigracja zarobkowa, niż drastyczne karanie finansowe własnych obywateli za ich wybory życiowe lub sytuację osobistą.