Gość (37.30.*.*)
Temat demografii i stabilności systemu emerytalnego w Polsce to jedna z najgorętszych dyskusji ostatnich lat. Nic dziwnego – społeczeństwo się starzeje, a zastępowalność pokoleń jest na poziomie, który spędza sen z powiek planistom budżetowym. Pomysły takie jak powrót do tzw. bykowego czy podniesienie składek emerytalnych wracają do debaty publicznej jak bumerang. Czy jednak drastyczne obniżenie pensji netto młodych ludzi to rzeczywiście recepta na sukces, czy może prosta droga do pogłębienia kryzysu? Przyjrzyjmy się temu, co na ten temat mówią liczby i eksperci.
Tzw. bykowe to potoczna nazwa podatku, który w Polsce Ludowej płaciły osoby bezdzietne, nieżonate i niezamężne powyżej 21. roku życia. Dziś propozycja wprowadzenia go w wysokości od 10% do nawet 25% dochodów brzmi dla wielu jak scenariusz z dystopii. Ekonomiści i demografowie są w tej kwestii wyjątkowo sceptyczni.
Głównym argumentem przeciwko bykowemu jest fakt, że decyzja o posiadaniu dziecka w dzisiejszych czasach rzadko wynika z braku "kary finansowej". Wręcz przeciwnie – młodzi ludzie często odkładają rodzicielstwo ze względu na brak stabilności finansowej, trudności z zakupem mieszkania czy niepewność na rynku pracy. Nałożenie na nich dodatkowego obciążenia w wieku 21 czy 22 lat, czyli w momencie, gdy większość dopiero zaczyna karierę lub jeszcze studiuje, mogłoby przynieść efekt odwrotny do zamierzonego. Zamiast zachęcać do zakładania rodzin, bykowe mogłoby wypchnąć młodych ludzi do szarej strefy lub zmusić ich do emigracji zarobkowej do krajów, gdzie system podatkowy jest bardziej przyjazny.
Podniesienie składki emerytalnej po stronie pracownika o 1, 2 lub 3% to propozycja, która ma na celu zwiększenie kapitału gromadzonego na indywidualnych kontach w ZUS. Z matematycznego punktu widzenia sprawa jest prosta: wyższa składka dzisiaj to wyższa emerytura w przyszłości. Jednak w ekonomii rzadko cokolwiek jest tak oczywiste.
Większość ekonomistów wskazuje na zjawisko tzw. klina podatkowego. Polska już teraz ma relatywnie wysokie obciążenia pracy. Dalsze obniżanie pensji netto (czyli tego, co realnie dostajemy "na rękę") drastycznie zmniejsza siłę nabywczą konsumentów. W dobie inflacji i wysokich kosztów życia, zabranie pracownikowi dodatkowych kilku procent dochodu może sprawić, że oszczędzanie na wkład własny na mieszkanie stanie się niemożliwe. A bez własnego "M" trudno myśleć o powiększaniu rodziny.
Warto wyjaśnić jedną ważną rzecz: system emerytalny w Polsce (oparty na ZUS) technicznie nie może zbankrutować tak długo, jak istnieje państwo, ponieważ wypłaty są gwarantowane przez budżet centralny. Problem polega jednak na narastającym deficycie Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (FUS).
Demografowie podkreślają, że kluczem do stabilności systemu nie jest tylko wysokość składki, ale przede wszystkim liczba osób pracujących w stosunku do liczby emerytów. Obecnie ten stosunek drastycznie się pogarsza.
Większość demografów, w tym badacze zajmujący się polityką rodzinną, uważa, że mechanizmy "karne" (jak bykowe) działają znacznie gorzej niż mechanizmy "pozytywne". Współczesne badania wskazują, że dzietność rośnie tam, gdzie państwo oferuje bezpieczeństwo, a nie tam, gdzie nakłada sankcje.
Ekonomiści z kolei zwracają uwagę na ryzyko osłabienia wzrostu gospodarczego. Mniejsza pensja netto to mniejsza konsumpcja, co uderza w firmy i ostatecznie w dochody państwa z podatków VAT czy CIT. Dodatkowo, w dobie globalizacji, młodzi specjaliści (IT, inżynierowie, lekarze) są bardzo mobilni. Jeśli obciążenia podatkowe w Polsce drastycznie wzrosną, po prostu wyjadą, co jeszcze bardziej pogłębi dziurę demograficzną.
Choć kojarzymy je głównie z PRL, podatki od bezdzietności istniały w różnych formach w starożytnym Rzymie (Lex Papia Poppaea), a także w III Rzeszy czy ZSRR. W żadnym z tych przypadków nie udowodniono, by sam podatek był głównym czynnikiem trwałego wzrostu dzietności.
Zaproponowane rozwiązania mają swoje teoretyczne uzasadnienie w matematyce budżetowej, ale w praktyce społecznej niosą ogromne ryzyko:
Zamiast radykalnych cięć w pensjach netto, eksperci częściej sugerują skupienie się na aktywizacji zawodowej seniorów, przyciąganiu wykwalifikowanych migrantów oraz tworzeniu warunków, w których założenie rodziny nie wiąże się z ryzykiem degradacji finansowej.