Gość (37.30.*.*)
Wprowadzenie tak szerokiego wachlarza nowych obciążeń fiskalnych to scenariusz, który z punktu widzenia ekonomii wywołałby prawdziwą rewolucję w portfelach obywateli i strukturze gospodarki. Choć każdy z tych podatków ma teoretyczne uzasadnienie – od wspierania lokalnego rolnictwa po ratowanie systemu emerytalnego – ich skumulowany efekt mógłby być drastyczny. Przyjrzyjmy się, jak poszczególne propozycje oceniają eksperci i jakie niosą ze sobą konsekwencje.
Pomysł opodatkowania produktów spożywczych sprowadzanych z daleka (10% lub 15%) wpisuje się w nurt tzw. lokalizmu ekonomicznego i dbania o ślad węglowy. Teoretycznie ma to wspierać rodzimych rolników i skracać łańcuchy dostaw. Jednak ekonomiści wskazują na kilka poważnych problemów.
Po pierwsze, w ramach Unii Europejskiej wprowadzenie takiego podatku byłoby praktycznie niemożliwe ze względu na zasadę swobodnego przepływu towarów. Po drugie, uderzyłoby to najmocniej w najuboższe gospodarstwa domowe, dla których żywność stanowi największy procent wydatków. Zamiast zachęcać do kupowania lokalnie, mogłoby to po prostu doprowadzić do ogólnego wzrostu cen żywności (inflacji), ponieważ lokalni producenci, widząc wyższe ceny konkurencji, również mogliby podnieść swoje marże.
Propozycje dodatkowych opłat na zdrowie (3%), edukację (do 4%) i opiekę (do 2,5%) mają na celu dofinansowanie usług publicznych, które w wielu krajach zmagają się z niedoborami kadrowymi i infrastrukturalnymi.
Tzw. bykowe, czyli podatek od osób bezdzietnych i niebędących w związkach małżeńskich, to rozwiązanie znane z historii (funkcjonowało w Polsce w latach 1946–1973). Proponowane stawki rzędu 10–25% od 21. roku życia są w dzisiejszych realiach uważane za skrajnie wysokie i dyskryminujące.
Większość współczesnych ekonomistów i socjologów twierdzi, że takie kary finansowe nie są skutecznym narzędziem demograficznym. Decyzja o posiadaniu dzieci zależy od stabilności zatrudnienia, dostępności mieszkań i poczucia bezpieczeństwa, a nie od wysokości podatku karnego. Co więcej, obciążenie 21-latków, którzy często dopiero zaczynają studia lub pierwszą pracę, mogłoby drastycznie utrudnić im start życiowy i usamodzielnienie się.
Podniesienie składki emerytalnej o 1% lub 2% to odpowiedź na kryzys demograficzny. Systemy repartycyjne (gdzie pracujący opłacają emerytury obecnych seniorów) są pod ogromną presją.
Z punktu widzenia matematyki ubezpieczeniowej, wyższa składka może pomóc utrzymać płynność systemu. Jednak ekonomiści ostrzegają przed „karaniem” młodych pokoleń za błędy systemu. Zwiększenie składek to de facto obniżenie pensji netto, co przy jednoczesnym wzroście cen żywności i nowych opłatach (zdrowotnej, edukacyjnej) mogłoby doprowadzić do zapaści konsumpcji wewnętrznej.
W ekonomii istnieje pojęcie Krzywej Laffera. Ilustruje ona zależność między stawką podatkową a wpływami do budżetu. Zgodnie z tą teorią, po przekroczeniu pewnego punktu krytycznego, dalsze podnoszenie podatków powoduje... spadek wpływów do budżetu. Ludzie zaczynają unikać opodatkowania, pracować „na czarno” lub po prostu tracą motywację do zarabiania więcej. Skumulowanie wszystkich wymienionych przez Ciebie opłat mogłoby niebezpiecznie zbliżyć gospodarkę do tego punktu.
Gdyby zebrać opinie ekspertów na temat wprowadzenia wszystkich tych zmian jednocześnie, dominowałoby kilka wniosków:
Podsumowując, choć poszczególne opłaty mogą mieć szlachetne cele (lepsza edukacja, zdrowsze społeczeństwo), to ich jednoczesne wprowadzenie w tak wysokiej skali jest przez większość ekonomistów uważane za ryzykowne i potencjalnie szkodliwe dla długofalowego rozwoju gospodarczego. Skuteczniejszą drogą jest zazwyczaj upraszczanie systemu podatkowego i stwarzanie warunków do wzrostu wynagrodzeń, z których naturalnie płyną wyższe wpływy do budżetu.