Gość (37.30.*.*)
Wyobraź sobie, że prowadzisz mały sad jabłoniowy. Każdego dnia zbierasz kosz owoców, a państwo – jako właściciel ziemi – prosi Cię o oddanie części zbiorów w formie podatku. Jeśli państwo poprosi o jedno jabłko na dziesięć, prawdopodobnie wzruszysz ramionami i będziesz pracować dalej, bo wciąż masz dziewięć dla siebie. Ale co by się stało, gdyby państwo zażądało wszystkich dziesięciu jabłek? Prawdopodobnie odłożyłbyś drabinę, usiadł pod drzewem i przestał zbierać. Skoro i tak nic Ci nie zostanie, po co się męczyć?
Właśnie na tym prostym mechanizmie psychologicznym opiera się krzywa Laffera. Choć brzmi jak skomplikowane pojęcie z podręcznika do ekonometrii, w rzeczywistości dotyczy ona czegoś, co każdy z nas czuje intuicyjnie: relacji między tym, ile państwo nam zabiera, a tym, jak bardzo chce nam się zarabiać pieniądze.
Jako ekonomista, który widział niejedną reformę podatkową, mogę Ci powiedzieć, że krzywa Laffera to graficzne przedstawienie zależności między stawką podatkową a dochodami, jakie budżet państwa uzyskuje z tych podatków. Jej twórca, Arthur Laffer, zauważył, że podnoszenie podatków wcale nie musi oznaczać, że do wspólnego skarbca wpłynie więcej pieniędzy.
Krzywa ta ma kształt odwróconej litery „U” lub pagórka. Zaczyna się w punkcie zero i kończy w punkcie zero.
Aby zrozumieć, jak to działa bez używania trudnych wzorów, prześledźmy drogę od niskich do wysokich podatków:
Arthur Laffer nie wymyślił tej teorii w laboratorium. Według popularnej anegdoty, narysował tę krzywą w 1974 roku na papierowej serwetce podczas kolacji z politykami (w tym z przyszłym wiceprezydentem USA, Dickiem Cheneyem). Chciał im w ten sposób uzmysłowić, że planowane podwyżki podatków przez administrację Geralda Forda mogą przynieść skutek odwrotny do zamierzonego. Ta serwetka stała się jednym z najsłynniejszych artefaktów w historii nowoczesnej ekonomii.
Krzywa Laffera uczy nas, że w ekonomii „więcej” nie zawsze oznacza „lepiej”. Dla Ciebie, jako obywatela, oznacza to, że istnieje pewien poziom opodatkowania, powyżej którego państwo zaczyna „dusić” Twoją przedsiębiorczość.
Gdybyś miał do wyboru: pracować 40 godzin tygodniowo i oddać państwu 20% zarobków, albo pracować 60 godzin i oddać 70% od tej nadwyżki, prawdopodobnie wybrałbyś więcej czasu wolnego. To właśnie ten mechanizm sprawia, że rządy muszą bardzo uważać, by nie „przeholować”.
I tu pojawia się największy problem, nad którym my, ekonomiści, głowimy się od dekad. Krzywa Laffera mówi nam, że taki punkt istnieje, ale nie mówi dokładnie, gdzie on jest. Dla każdego kraju, w różnym czasie i dla różnych rodzajów podatków (VAT, dochodowy, akcyza), ten szczyt pagórka znajduje się w innym miejscu.
W krajach o wysokim zaufaniu do państwa (jak w Skandynawii), ludzie są skłonni akceptować wyższe podatki, bo widzą świetne usługi publiczne. W krajach, gdzie zaufanie jest niskie, „szczyt” krzywej Laffera pojawia się znacznie szybciej – ludzie szybciej rezygnują z legalnej pracy na rzecz kombinowania.
Warto wiedzieć, że krzywa Laffera świetnie sprawdza się też przy akcyzie. Jeśli państwo zbyt mocno podniesie cenę papierosów czy alkoholu poprzez podatki, ludzie nie przestaną pić czy palić z dnia na dzień – zamiast tego zaczną kupować towary z przemytu. W efekcie państwo zarobi mniej, niż gdyby podatek był nieco niższy, ale akceptowalny dla portfela konsumenta.
Podsumowując, krzywa Laffera to po prostu ekonomiczna lekcja pokory dla rządzących: nie można strzyc owcy w nieskończoność, bo w końcu zabraknie wełny, a sama owca ucieknie z pastwiska.