Gość (37.30.*.*)
PKB, czyli Produkt Krajowy Brutto, to termin, który w debacie publicznej urósł do rangi niemal religijnej. Politycy chwalą się jego wzrostem, a ekonomiści drżą na myśl o jego spadku. Jednak dla przeciętnego obywatela PKB bywa pojęciem abstrakcyjnym. Często słyszymy, że gospodarka pędzi, podczas gdy nasze portfele wydają się coraz lżejsze. Czy PKB to rzeczywiście „sztuczny” wskaźnik? W tym twierdzeniu jest zaskakująco dużo prawdy, choć sprawa jest nieco bardziej złożona, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.
Zacznijmy od podstaw. PKB to łączna wartość rynkowa wszystkich dóbr i usług finalnych wytworzonych w danym kraju w określonym czasie (zazwyczaj w ciągu roku lub kwartału). Mówiąc prościej: to miara tego, jak dużo „kręci się” w gospodarce. Jeśli fabryki produkują więcej samochodów, fryzjerzy strzygą więcej głów, a firmy IT sprzedają więcej licencji, PKB rośnie.
Problem polega na tym, że PKB mierzy aktywność rynkową, a nie dobrobyt ludzi. To tak, jakby mierzyć zdrowie człowieka tylko na podstawie liczby kalorii, które spożywa – można jeść bardzo dużo, a jednocześnie być schorowanym. PKB jest wskaźnikiem ilościowym, a nie jakościowym.
Istnieje kilka kluczowych powodów, dla których liczby w tabelkach Excela mogą wyglądać imponująco, podczas gdy jakość życia wcale się nie poprawia.
To chyba najważniejszy argument. PKB to suma. Jeśli gospodarka urosła o 5%, nie oznacza to, że każdy obywatel stał się o 5% bogatszy. Może się zdarzyć, że cały ten wzrost został skonsumowany przez najbogatszy 1% społeczeństwa lub wielkie korporacje międzynarodowe, które transferują zyski za granicę. W takim scenariuszu statystyczny wzrost jest faktem, ale „zwykły Kowalski” nie widzi z tego ani złotówki.
Czasami PKB rośnie, ponieważ rosną ceny (choć ekonomiści starają się to korygować, używając tzw. realnego PKB). Jeśli jednak wzrost gospodarczy jest stymulowany ogromnym zadłużeniem państwa, obywatele mogą odczuwać niepokój o przyszłość, wzrost podatków lub spadek jakości usług publicznych, mimo że wskaźniki produkcji idą w górę.
To jedna z największych pułapek PKB. Wskaźnik ten rośnie w sytuacjach, które z punktu widzenia społeczeństwa są tragedią. Jeśli w kraju dojdzie do ogromnej powodzi, PKB wzrośnie w trakcie odbudowy. Dlaczego? Bo trzeba kupić materiały budowlane, wynająć firmy remontowe i zapłacić za nowe meble. Z punktu widzenia PKB katastrofa to „impuls rozwojowy”, ale dla ludzi to dramat i utrata majątku życia.
Aby zrozumieć, dlaczego PKB bywa nazywane wskaźnikiem sztucznym, trzeba przyjrzeć się temu, co całkowicie ignoruje.
Ekonomiści od lat próbują stworzyć wskaźniki, które lepiej oddawałyby realny stan społeczeństwa. Choć PKB wciąż dominuje, warto znać inne mierniki:
Twórcą nowoczesnej koncepcji PKB był Simon Kuznets. Co ciekawe, już w 1934 roku, prezentując swój raport przed Kongresem USA, ostrzegał: „Dobrobyt narodu trudno wywnioskować z pomiaru dochodu narodowego”. Kuznets doskonale wiedział, że stworzył narzędzie do mierzenia produkcji wojennej i przemysłowej, a nie szczęścia obywateli.
Podsumowując, twierdzenie, że PKB to sztuczny wskaźnik, zawiera w sobie dużo prawdy, jeśli traktujemy go jako miarę jakości życia. PKB świetnie mierzy puls gospodarki, ale zupełnie nie radzi sobie z badaniem jej duszy. Może rosnąć, gdy budujemy więzienia, sprzątamy po katastrofach lub pracujemy ponad siły – i właśnie dlatego tak ważne jest, by patrzeć na gospodarkę przez pryzmat wielu różnych danych, a nie tylko jednej, magicznej liczby.