Gość (37.30.*.*)
Liban to kraj, który często określa się mianem „Szwajcarii Bliskiego Wschodu”, ale też „państwa upadłego”. Pytanie o to, czy jest on tworem sztucznym, nurtuje historyków i politologów od dekad. Aby zrozumieć, dlaczego rządzenie tym niewielkim skrawkiem ziemi nad Morzem Śródziemnym graniczy z cudem, musimy cofnąć się do czasów, gdy na mapach świata rysowano nowe granice za pomocą linijki.
Większość współczesnych państw Bliskiego Wschodu powstała na gruzach Imperium Osmańskiego po I wojnie światowej. Liban nie jest tu wyjątkiem. Jego obecne granice to w dużej mierze efekt działań Francji, która po 1918 roku otrzymała mandat nad tymi terenami.
W 1920 roku proklamowano powstanie „Wielkiego Libanu”. Francuzi, chcąc stworzyć bezpieczną przystań dla chrześcijan (głównie Maronitów), dołączyli do górzystego terenu Libanu dolinę Bekaa oraz miasta nadmorskie, takie jak Bejrut czy Trypolis. Problem polegał na tym, że te nowe tereny były zamieszkane przez liczne społeczności muzułmańskie (Sunnitów i Szyitów) oraz Druzów. W ten sposób powstał organizm państwowy, który od samego początku był mozaiką religijną i etniczną, pozbawioną jednej, spójnej tożsamości narodowej.
Kluczem do zrozumienia trudności w rządzeniu Libanem jest tzw. konfesyjonalizm. To unikalny na skalę światową system polityczny, w którym władza jest dzielona według klucza religijnego. Zgodnie z niepisanym Paktem Narodowym z 1943 roku (później sformalizowanym w porozumieniu z Taif):
Choć system ten miał zapobiegać dominacji jednej grupy nad innymi i gwarantować pokój, w praktyce stał się przekleństwem. Każda decyzja polityczna wymaga konsensusu między liderami różnych wyznań, co prowadzi do chronicznego paraliżu decyzyjnego. Zamiast dbać o dobro całego kraju, politycy często skupiają się na interesach własnej grupy religijnej, co sprzyja korupcji i nepotyzmowi.
Czy wiesz, że ostatni oficjalny spis powszechny w Libanie przeprowadzono w 1932 roku? Od tamtej pory żadna władza nie odważyła się go powtórzyć. Powód jest prosty: demografia drastycznie się zmieniła, a ujawnienie dokładnych proporcji między chrześcijanami a muzułmanami mogłoby całkowicie zburzyć delikatną strukturę podziału władzy i doprowadzić do nowej wojny domowej.
Trudności w zarządzaniu Libanem nie wynikają tylko z wewnętrznych podziałów. Kraj ten jest zakładnikiem swojej geografii i polityki regionalnej.
Jeśli za „sztuczne” uznamy państwo, którego granice zostały narzucone przez mocarstwa kolonialne bez uwzględnienia lokalnych realiów, to Liban wpisuje się w tę definicję. Jednak warto pamiętać, że tożsamość libańska istnieje i jest silna, zwłaszcza w obliczu wspólnych tragedii, jak wybuch w porcie w Bejrucie w 2020 roku.
Problem nie leży w samej „sztuczności” granic, ale w systemie, który zamiast budować nowoczesne społeczeństwo obywatelskie, cementuje podziały religijne. Libańczycy to naród niezwykle przedsiębiorczy i wykształcony, ale ich państwo jest zakładnikiem historii i skomplikowanych układów, których nie da się rozwiązać jedną reformą.
Rządzenie Libanem jest trudne, ponieważ wymaga balansowania na linie zawieszonej nad przepaścią interesów religijnych, klanowych i międzynarodowych. To kraj, który uczy się przetrwania każdego dnia, mimo że system, na którym został zbudowany, wydaje się już dawno wyczerpany.