Gość (37.30.*.*)
Kiedy patrzymy na mapę Europy Zachodniej, nasze oczy często wyłapują te maleńkie plamki – Andorę wciśniętą w Pireneje, Liechtenstein przytulony do Szwajcarii czy luksusowe Monako. To fascynujące relikty dawnych czasów, które przetrwały zawieruchy historii. Dlaczego jednak, przesuwając wzrok na wschód, w stronę Polski, Czech, Węgier czy krajów bałtyckich, nie znajdujemy niczego podobnego? Europa Środkowo-Wschodnia wydaje się pod tym względem pustynią, choć historia wcale nie szczędziła nam prób tworzenia takich tworów.
Jednym z najważniejszych powodów, dla których zachodnie mikrobaństwa przetrwały, jest ich położenie. Andora leży wysoko w górach, San Marino na niedostępnym wzgórzu, a Liechtenstein w alpejskiej dolinie. W dawnych wiekach podbicie takich terenów było po prostu nieopłacalne – koszty kampanii wojskowej przewyższały zyski z opanowania kilku wiosek na skałach.
Europa Środkowa to zupełnie inna bajka. To w dużej mierze Wielka Nizina Europejska – teren płaski jak stół, idealny dla przemarszów wielkich armii. Tutaj granice nie opierały się na niebotycznych szczytach, lecz na rzekach, które łatwo było przekroczyć. W tym regionie "mały" zazwyczaj oznaczał "łatwy do połknięcia". Każdy skrawek ziemi był strategicznie ważny dla potężnych sąsiadów: Prus, Rosji czy Austrii.
W Europie Zachodniej system feudalny był niezwykle skomplikowany i rozdrobniony, co pozwoliło niektórym małym lennom (jak np. Luksemburgowi) przetrwać dzięki zręcznej dyplomacji i koligacjom rodowym. W Europie Środkowo-Wschodniej dominowały natomiast potężne, scentralizowane imperia, które dążyły do unifikacji swoich terytoriów.
Kiedy w XIX wieku wybuchały ruchy narodowotwórcze, w naszej części kontynentu nie myślano o tworzeniu małych księstw. Cel był jeden: odzyskanie lub budowa wielkich państw narodowych. Małe jednostki terytorialne były postrzegane jako słabe punkty, które natychmiast stawały się łupem silniejszych graczy.
Choć dziś ich nie ma, historia zna kilka przypadków, które mogły skończyć się powstaniem "wschodniego Liechtensteinu":
Nawet gdyby jakiemuś małemu tworowi udało się przetrwać do XX wieku, jego los zostałby przypieczętowany po 1945 roku. System komunistyczny opierał się na ścisłej kontroli terytorialnej i ideologicznej. Związek Radziecki nie tolerowałby na swojej mapie wpływów żadnej "kapitalistycznej enklawy" czy niezależnego księstwa. Wszystko, co było małe i autonomiczne, zostało wchłonięte przez blok wschodni lub zlikwidowane (jak np. próby autonomii niektórych regionów bałtyckich).
Dla porównania, zachodnie mikropaństwa przetrwały zimną wojnę, ponieważ były zintegrowane z gospodarkami rynkowymi swoich większych sąsiadów (Francji, Włoch czy Szwajcarii) i nie stanowiły zagrożenia politycznego.
Czy wiesz, że w Polsce mamy coś na kształt mikronacji, choć bez realnej suwerenności? Mowa o Rzeczypospolitej Pawłowskiej (na terenie dzisiejszej Litwy, ale historycznie związanej z Polską). W XVIII wieku Paweł Ksawery Brzostowski założył w swoim majątku Pawłowo państwo, które miało własny parlament, skarb, wojsko i zniosło poddaństwo chłopów. Król Stanisław August Poniatowski nawet uznał tę autonomię! Niestety, "państewko" przetrwało tylko 25 lat – kres położyły mu rozbiory Polski.
Brak trwałych mikropaństw w naszej części Europy to wynik nieszczęśliwej kombinacji trzech czynników:
Dziś rolę takich "wysp" pełnią czasem regiony o silnej tożsamości, ale szansa na powstanie nowego, suwerennego państwa wielkości miasta w Europie Środkowej bezpowrotnie minęła wraz z końcem epoki feudalnej.