Gość (83.4.*.*)
Śmierć Goose’a w filmie „Top Gun” z 1986 roku to jeden z najbardziej emocjonalnych momentów w historii kina akcji. Choć scena ta miała na celu pokazanie tragizmu i nieprzewidywalności służby pilota myśliwca, od lat budzi spore kontrowersje wśród ekspertów lotnictwa i mechaników pokładowych. Głównym zarzutem jest to, że film przedstawił tę tragedię jako nieszczęśliwy wypadek wynikający z fizyki lotu, podczas gdy w rzeczywistości taka sytuacja – gdyby w ogóle mogła się wydarzyć – świadczyłaby o poważnych zaniedbaniach technicznych lub błędnej regulacji systemów bezpieczeństwa.
Aby zrozumieć, dlaczego scena ta jest krytykowana, musimy przyjrzeć się technologii stojącej za myśliwcem F-14 Tomcat. Samolot ten był wyposażony w fotele wyrzucane Martin-Baker GRU-7A. Proces katapultowania nie jest chaotycznym wystrzeleniem pilota w górę, lecz precyzyjnie zaprogramowaną sekwencją zdarzeń, która ma na celu maksymalizację szans na przeżycie załogi.
W normalnych warunkach sekwencja wygląda następująco:
W filmie widzimy, że Goose uderza w owiewkę, która „zawisła” nad kokpitem. Krytycy wskazują, że systemy bezpieczeństwa w F-14 zostały zaprojektowane właśnie po to, by do takiej sytuacji nie dopuścić. Jeśli owiewka nie zeszłaby z drogi, fotel nie powinien zostać wystrzelony – chyba że doszłoby do awarii mechanizmu blokującego, co sugeruje błąd w konserwacji, a nie „pecha” podczas wpadnięcia w płaski korkociąg.
W scenie filmowej Maverick i Goose wpadają w płaski korkociąg (flat spin). Z punktu widzenia aerodynamiki, w takiej konfiguracji nad kokpitem tworzy się obszar niskiego ciśnienia. Kiedy owiewka zostaje odrzucona, zamiast zostać zdmuchnięta przez pęd powietrza, może zostać „przyssana” i unosić się tuż nad samolotem przez krytyczne ułamki sekund.
To zjawisko jest autentyczne i rzeczywiście zdarzało się w testach aerodynamicznych. Jednak to właśnie tutaj pojawia się główny punkt krytyki:
Scena śmierci Goose’a nie została całkowicie wyssana z palca. Scenarzyści oparli ją na autentycznym wypadku z 1981 roku, w którym zginął porucznik David „Goose” Lortscher (choć w rzeczywistości okoliczności były nieco inne, nazwisko i funkcja RIO – oficera przechwytywania radarowego – zainspirowały twórców). Filmowy wypadek miał jednak wzmocnić dramatyzm, kosztem technicznej precyzji.
Z punktu widzenia narracji filmowej, łatwiej jest sprzedać widzowi koncepcję „tragicznego zbiegu okoliczności” i „nieuchronności losu” niż „błędu mechanika z bazy lotniczej”. Gdyby film przyznał, że Goose zginął, bo ktoś źle wyregulował śrubę lub czujnik w systemie Martin-Baker, wydźwięk emocjonalny byłby inny – zamiast żałoby mielibyśmy dochodzenie prokuratorskie i gniew na obsługę naziemną.
Krytyka środowisk lotniczych skupia się więc na tym, że film:
Gdyby trzymać się faktów technicznych, istniały dwie drogi ratunku. Po pierwsze, system interlock powinien zatrzymać fotel wewnątrz kokpitu do momentu, aż owiewka odleci. Choć pilot zostałby w spadającym samolocie, miałby szansę na ręczne odblokowanie systemu lub podjęcie innej próby. Po drugie, w przypadku awarii odrzucania owiewki, pilot i RIO mogli użyć procedury awaryjnej, która pozwala na przebicie się przez szkło, o ile fotel był wyposażony w odpowiednie wzmocnienia.
W świecie filmu „Top Gun” śmierć Goose’a musiała być jednak nagła i niezawiniona przez nikogo, aby Maverick mógł przejść swój proces wewnętrznej przemiany. Dla fanów lotnictwa pozostaje ona jednak klasycznym przykładem „hollywoodzkiej fizyki”, gdzie dramaturgia wygrywa z instrukcją obsługi samolotu.