Gość (37.30.*.*)
Zjawisko popularności zagranicznych produkcji telewizyjnych w Europie to temat, który od kilku lat fascynuje socjologów i ekspertów od mediów. Choć mogłoby się wydawać, że w dobie globalizacji każdy hit ma równe szanse, rzeczywistość pokazuje coś innego. Tureckie telenowele, znane jako „dizi”, opanowały ramówki tradycyjnych stacji telewizyjnych od Bałkanów po Hiszpanię, podczas gdy produkcje azjatyckie – choć biją rekordy na platformach streamingowych – wciąż rzadziej trafiają do „zwykłej” telewizji. Skąd bierze się ta różnica?
Jednym z kluczowych powodów sukcesu tureckich seriali w Europie jest specyficzna bliskość kulturowa, szczególnie odczuwalna w Europie Południowej i Środkowo-Wschodniej. Turcja, leżąca na styku Wschodu i Zachodu, tworzy produkcje, które łączą nowoczesny styl życia z tradycyjnymi wartościami. Dla widza w Polsce, Grecji czy Bułgarii dylematy bohaterów dotyczące więzi rodzinnych, honoru czy szacunku do starszych są zrozumiałe i bliskie.
W przypadku produkcji azjatyckich, takich jak k-dramy (Korea Południowa) czy j-dramy (Japonia), bariera kulturowa bywa nieco wyższa. Specyficzna ekspresja emocji, hierarchia społeczna czy nawet kulinaria mogą wydawać się europejskiemu widzowi bardziej egzotyczne. Choć dla młodszych pokoleń wychowanych na internecie nie jest to problemem, tradycyjny widz telewizyjny częściej wybiera to, co wydaje mu się znajome.
Tureckie seriale mają unikalną strukturę, która idealnie wpisuje się w potrzeby stacji telewizyjnych. Oryginalne odcinki „dizi” trwają często ponad dwie godziny, co po pocięciu na krótsze fragmenty pozwala wypełnić ramówkę przez wiele miesięcy, a nawet lat. To model biznesowy, który stacje telewizyjne uwielbiają – niska cena zakupu w stosunku do ogromnej liczby godzin emisji.
Azjatyckie seriale zazwyczaj stawiają na krótsze formy. Standardowa k-drama to często zamknięta historia w 16 odcinkach. To format idealny dla platform streamingowych typu Netflix, gdzie widzowie preferują „binge-watching” (oglądanie całego sezonu naraz), ale trudniejszy do zagospodarowania dla tradycyjnej telewizji, która potrzebuje tasiemców budujących stałą widownię o konkretnej godzinie.
Czy wiedziałeś, że Turcja jest obecnie drugim po USA największym eksporterem seriali telewizyjnych na świecie? Ich produkcje docierają do ponad 150 krajów, a szacuje się, że ogląda je blisko 700 milionów ludzi na całym globie.
Tureckie produkcje mistrzowsko operują uniwersalnymi motywami: zakazana miłość, zemsta, awans społeczny od zera do milionera. Robią to w sposób bardzo estetyczny, wręcz luksusowy, ale jednocześnie zachowują pewien konserwatyzm obyczajowy. Brak drastycznych scen przemocy czy kontrowersyjnych treści sprawia, że są to seriale „bezpieczne” dla każdego członka rodziny.
Seriale azjatyckie często idą w stronę ekstremów. Z jednej strony mamy bardzo słodkie romanse, z drugiej – niezwykle brutalne thrillery (jak słynne „Squid Game”) lub skomplikowane produkcje sci-fi. Ta różnorodność jest ich siłą w internecie, ale w tradycyjnej, europejskiej telewizji, która celuje w masowego, często starszego widza, turecki umiar wygrywa.
Warto tutaj postawić pewną tezę: azjatyckie seriale wcale nie przegrały, one po prostu wybrały inną drogę. Podczas gdy Turcja zdominowała tradycyjne odbiorniki TV, Korea Południowa stała się królową streamingu. Sukcesy takich produkcji jak „Squid Game”, „The Glory” czy „All of Us Are Dead” pokazują, że europejska publiczność (szczególnie ta młodsza) chłonie azjatycki kontent masowo.
Różnica polega więc nie tyle na braku popularności, co na sposobie konsumpcji treści:
Turcja zainwestowała ogromne środki w promocję swoich produkcji jako narzędzia „soft power”. Piękne krajobrazy Stambułu czy wybrzeża Egejskiego w serialach bezpośrednio przekładają się na wzrost turystyki. Europa, będąca blisko geograficznie, naturalnie stała się pierwszym i najważniejszym rynkiem zbytu. Azja, ze względu na odległość, nie może tak łatwo grać kartą „odwiedź miejsca, które widziałeś wczoraj w telewizji”, choć i to powoli się zmienia dzięki globalnej modzie na K-pop i koreańską kulturę.
Podsumowując, tureckie seriale wygrały w Europie walkę o pilota telewizyjnego dzięki bliskości kulturowej, formatowi dopasowanemu do ramówek i uniwersalnym, emocjonalnym historiom. Azjatyckie produkcje z kolei budują swoje imperium w cyfrowym świecie, zmieniając sposób, w jaki definiujemy współczesny hit eksportowy. Obie te siły sprawiły jednak, że Hollywood przestało mieć monopol na nasze wieczory przed ekranem.