Gość (37.30.*.*)
Problem, o którym mowa, dotyka samego jądra europejskiej filozofii prawa, która opiera się na założeniu, że konsument jest słabszą stroną stosunku prawnego. Unia Europejska od lat buduje system, w którym to na przedsiębiorcy spoczywa niemal cały ciężar dowodowy oraz ryzyko związane z niejasnością przepisów. Choć intencje są szczytne – ochrona obywateli przed nieuczciwymi praktykami – rzeczywistość biznesowa często zderza się z murem formalizmu, który generuje realne koszty.
W prawie unijnym dominuje przekonanie o tzw. asymetrii informacyjnej. Zakłada się, że przeciętny Kowalski nie czyta regulaminów, nie rozumie zawiłości prawnych i klika „akceptuję” bez głębszej refleksji. Z tego powodu sądy i organy nadzorcze (np. UOKiK w Polsce czy TSUE na poziomie unijnym) bardzo rygorystycznie podchodzą do tego, co uznaje się za „świadomą zgodę”.
Dla przedsiębiorcy oznacza to, że samo posiadanie „ptaszka” przy checkboxie to często za mało. Jeśli konsument stwierdzi po czasie, że nie wiedział, na co się zgadza, to firma musi udowodnić, że proces udzielania zgody był przejrzysty, zrozumiały i wolny od tzw. dark patterns (zwodniczych interfejsów). Ta nieufność sprawia, że oświadczenie woli konsumenta staje się „wzruszalne” – łatwo je podważyć, co stawia biznes w trudnej sytuacji planistycznej.
Teza, że za nadmierną ochronę płacą sami konsumenci, znajduje silne oparcie w ekonomicznej analizie prawa. Każde ryzyko prawne w biznesie jest mierzalne i ma swoją cenę. Przedsiębiorca, konstruując ofertę, musi uwzględnić:
W efekcie mamy do czynienia z paradoksem: prawo chroni portfel konsumenta przed nieuczciwością, ale jednocześnie go uszczupla, bo uczciwy przedsiębiorca musi wkalkulować w cenę „podatek od ryzyka prawnego”.
Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Z jednej strony, orzecznictwo TSUE bywa bezlitosne dla firm (np. w sprawach dotyczących kredytów frankowych czy ochrony danych osobowych RODO). Z drugiej strony, prawo przewiduje mechanizmy obronne, takie jak zasada nadużycia prawa podmiotowego.
Przedsiębiorcy starają się zabezpieczać poprzez:
Aby rzetelnie odpowiedzieć na postawioną tezę, warto spojrzeć na obie strony medalu.
Argumenty potwierdzające tezę:
Argumenty podważające tezę:
W ekonomii zjawisko to nazywa się czasem „niezamierzonymi konsekwencjami regulacji”. Dobrym przykładem jest rynek wynajmu mieszkań w niektórych krajach UE. Tak silna ochrona lokatora przed eksmisją sprawiła, że właściciele drastycznie podnieśli ceny najmu (by zrekompensować ryzyko niepłacenia) lub wprowadzili tak rygorystyczne wymogi weryfikacji najemców, że osoby o niższych dochodach w ogóle nie mogą wynająć mieszkania. To samo dzieje się na rynku dóbr konsumpcyjnych – im trudniej „związać” klienta umową, tym droższa staje się sama usługa.
Odpowiadając na taką argumentację, warto przyjąć postawę wyważoną. Można wskazać, że istnieje punkt krytyczny, w którym ochrona konsumenta przestaje mu służyć, a zaczyna mu szkodzić poprzez wzrost cen i spadek konkurencyjności rynku.
Kluczem do rozwiązania nie jest jednak likwidacja ochrony, ale jej racjonalizacja. Postulat „odbiurokratyzowania” zgód i przywrócenia większej wagi oświadczeniom woli składanym przez dorosłych, poczytalnych ludzi wydaje się słuszny w kontekście walki z inflacją i wspierania innowacji. Jednocześnie całkowity powrót do zasady caveat emptor (niech kupujący ma się na baczności) w dobie skomplikowanych algorytmów i gospodarki cyfrowej wydaje się dziś niemożliwy do zaakceptowania.