Gość (83.4.*.*)
Kiedy myślimy o gospodarce Kanady, przed oczami często stają nam obrazy ogromnych lasów, kopalni złota i szybów naftowych w Albercie. Przez dekady to właśnie surowce naturalne były fundamentem dobrobytu tego kraju. Jednak w ostatnich latach sytuacja uległa drastycznej zmianie, a kanadyjska gospodarka zaczęła przypominać monolit oparty na jednym, niezwykle ryzykownym filarze: rynku nieruchomości. Eksperci coraz głośniej mówią o tym, że to właśnie brak dywersyfikacji i „uzależnienie” od sektora budowlanego stały się jednymi z głównych motorów napędowych kryzysu mieszkaniowego.
W zdrowej, zdywersyfikowanej gospodarce wzrost PKB rozkłada się na wiele sektorów – od technologii, przez produkcję, aż po usługi i rolnictwo. W Kanadzie proporcje te zostały mocno zachwiane. Sektor nieruchomości i wynajmu stał się największym pojedynczym elementem kanadyjskiego PKB, wyprzedzając produkcję i wydobycie surowców. W niektórych okresach ostatnich lat odpowiadał on za blisko połowę wzrostu całej gospodarki.
Taka sytuacja tworzy niebezpieczne błędne koło. Skoro nieruchomości przynoszą największe zyski, kapitał – zarówno prywatny, jak i korporacyjny – zamiast płynąć do innowacyjnych firm technologicznych czy fabryk, trafia w beton i cegły. Inwestorzy wolą kupić trzecie lub czwarte mieszkanie na wynajem, zamiast zainwestować w rozwój nowego produktu czy usługi. To sprawia, że ceny domów rosną nie tylko z powodu braku dachu nad głową dla mieszkańców, ale dlatego, że domy stały się najważniejszym instrumentem finansowym w kraju.
Brak dywersyfikacji wiąże się bezpośrednio z niską produktywnością kanadyjskiej gospodarki. Kanada od lat boryka się z problemem niskich nakładów na badania i rozwój (R&D) w porównaniu do innych krajów G7, takich jak USA czy Niemcy. Gdy gospodarka opiera się na „przerzucaniu” istniejących już domów między inwestorami, nie powstaje nowa wartość dodana, która napędzałaby realny wzrost płac.
Efekt? Ceny mieszkań rosną w tempie wykładniczym, podczas gdy realne zarobki Kanadyjczyków stoją w miejscu lub rosną bardzo powoli. To rozwarstwienie sprawia, że klasa średnia zostaje wypchnięta z rynku, a młodzi ludzie tracą nadzieję na zakup własnego lokum. Gdyby gospodarka była bardziej zdywersyfikowana, a inne sektory oferowałyby atrakcyjne stopy zwrotu, presja spekulacyjna na rynek mieszkaniowy mogłaby być znacznie mniejsza.
W ekonomii istnieje pojęcie „choroby holenderskiej”, gdzie gwałtowny rozwój jednego sektora (zazwyczaj surowcowego) prowadzi do osłabienia pozostałych gałęzi gospodarki. W Kanadzie mamy do czynienia z pewną odmianą tego zjawiska, gdzie to sektor nieruchomości „wysysa” zasoby z reszty kraju. Kapitał, siła robocza (budowlańcy, architekci, agenci) i uwaga polityków skupione są na budownictwie, co osłabia konkurencyjność Kanady na arenie międzynarodowej w innych dziedzinach.
Przez lata to ropa naftowa była „bezpiecznikiem” Kanady. Jednak globalne zmiany klimatyczne, naciski na dekarbonizację oraz trudności z budową nowych rurociągów sprawiły, że sektor energetyczny przestał być tak dominujący i stabilny jak dawniej. W obliczu niepewności w sektorze wydobywczym, Kanada nie zdołała wystarczająco szybko rozwinąć nowoczesnego przemysłu czy sektora wysokich technologii na skalę, która zrównoważyłaby te straty.
W tę lukę weszły nieruchomości. Rządowe programy wspierające kredytobiorców oraz niskie stopy procentowe (utrzymywane przez długi czas) sprawiły, że rynek mieszkaniowy stał się „zbyt duży, by upaść”. To z kolei zmusiło polityków do podejmowania decyzji chroniących ceny domów, co jeszcze bardziej pogłębiło kryzys dostępności dla nowych nabywców.
Oczywiście niedostateczna dywersyfikacja to niejedyny winowajca. Kryzys mieszkaniowy w Kanadzie to skomplikowana układanka, w której skład wchodzą również:
Podsumowując, niedostateczna dywersyfikacja gospodarki Kanady odegrała kluczową rolę w obecnym kryzysie. Przekształcenie domów z podstawowego dobra życiowego w główny silnik wzrostu gospodarczego sprawiło, że rynek stał się nieodporny na spekulacje i oderwał się od fundamentów finansowych przeciętnego obywatela. Bez strukturalnych zmian w strukturze PKB i zachęt do inwestowania w inne sektory, rozwiązanie problemu mieszkaniowego może okazać się niezwykle trudne.