Gość (37.30.*.*)
Wielu ekonomistów i obserwatorów rynku od lat zadaje sobie pytanie, czy fundament nowoczesnej gospodarki, jakim jest klasa średnia, nie znajduje się obecnie w największym kryzysie od dekad. Rosnące koszty prowadzenia działalności, skomplikowane systemy podatkowe oraz inflacja sprawiają, że bycie „na swoim” staje się coraz trudniejszym wyzwaniem. Czy rzeczywiście zmierzamy w stronę świata, w którym zniknie bufor między najbogatszymi a najuboższymi?
Tradycyjnie klasa średnia to osoby, które swoją pracą, wykształceniem i przedsiębiorczością budują dobrobyt kraju. W tej grupie najliczniejszą reprezentację stanowią właściciele małych i średnich firm (MŚP). To oni generują znaczną część PKB i tworzą miejsca pracy. Jednak współczesne podejście fiskalne często uderza właśnie w tę grupę najmocniej.
Wysokie opodatkowanie pracy i dochodów, przy jednoczesnym wzroście kosztów energii i surowców, tworzy tzw. „imadło ekonomiczne”. Duże korporacje mają zasoby, by optymalizować podatki w skali globalnej lub przetrwać okresy dekoniunktury dzięki ogromnym rezerwom kapitałowym. Mały przedsiębiorca nie ma takiego komfortu. Każda podwyżka składek czy nowy podatek bezpośrednio uderza w jego płynność finansową, co często kończy się zawieszeniem działalności lub przejściem do szarej strefy.
Zjawisko to często określa się mianem erozji klasy średniej. Kiedy podatki rosną szybciej niż realne zyski, przedsiębiorcy tracą możliwość akumulacji kapitału. Zamiast inwestować w rozwój firmy, nowe technologie czy szkolenia pracowników, środki te są przeznaczane na obsługę zobowiązań publicznoprawnych.
Skutkiem tego jest spadek mobilności społecznej. Klasa średnia zawsze była „windą”, która pozwalała ambitnym jednostkom awansować dzięki ciężkiej pracy. Jeśli bariera wejścia i utrzymania się na rynku staje się zbyt wysoka, winda ta przestaje działać. W efekcie społeczeństwo zaczyna się polaryzować: na wąską grupę bardzo zamożnych właścicieli kapitału oraz rosnącą grupę osób pracujących za relatywnie niskie stawki, zależnych od państwowych transferów socjalnych.
Jeśli czarny scenariusz niemal całkowitej likwidacji klasy średniej by się ziścił, konsekwencje odczulibyśmy wszyscy, niezależnie od stanu posiadania.
Warto wspomnieć o tzw. efekcie Cantillona, który mówi o tym, że nowo kreowany pieniądz w gospodarce nie rozkłada się równomiernie. Najpierw trafia do instytucji finansowych i wielkich korporacji, pozwalając im na zakupy po „starych” cenach. Zanim te pieniądze dotrą do małych przedsiębiorców i klasy średniej w formie zapłaty za usługi, inflacja zdąży już podnieść ceny wszystkiego wokół, co realnie ich uboży.
Nie można jednoznacznie stwierdzić, że klasa średnia zostanie całkowicie zlikwidowana – gospodarka to system naczyń połączonych, który posiada pewne mechanizmy obronne. Wiele zależy od polityki gospodarczej poszczególnych państw. Niektóre kraje, zauważając ten trend, wprowadzają ulgi dla innowatorów czy upraszczają systemy podatkowe dla najmniejszych podmiotów (np. ryczałty, estoński CIT).
Jednak bez systemowych zmian w podejściu do przedsiębiorczości, ryzyko „wypalenia” klasy średniej pozostaje realne. Współczesne wyzwania, takie jak cyfryzacja i automatyzacja, dodatkowo zmieniają rynek pracy, premiując albo wysokospecjalistyczną wiedzę, albo wielki kapitał, co stawia tradycyjny model małego biznesu pod ogromną presją.
Obecnie obserwujemy trend, w którym koszty regulacyjne i podatkowe stają się barierą nie do przejścia dla wielu aspirujących przedsiębiorców. Jeśli ten trend się utrzyma, możemy spodziewać się społeczeństwa o strukturze „dwubiegunowej”, co w dłuższej perspektywie negatywnie wpłynie na stabilność ekonomiczną i społeczną większości krajów rozwiniętych. Kluczem do uniknięcia tego scenariusza wydaje się być przywrócenie równowagi między potrzebami fiskalnymi państwa a wolnością i możliwością rozwoju jednostki.