Gość (194.4.*.*)
Bitwa Warszawska z 1920 roku, często nazywana „Cudem nad Wisłą”, kojarzy się wielu osobom głównie z genialnym manewrem znad Wieprza i bohaterstwem żołnierzy na przedpolach stolicy. Jednak za tym spektakularnym zwycięstwem stała również cicha, intelektualna walka, która rozegrała się w zaciszu gabinetów radiowywiadu. Historia o tym, że Polacy znali niemal każdy ruch Armii Czerwonej, nie jest legendą – to fakt, a postać Jana Kowalewskiego i anegdota o weselu kolegi są w tej opowieści kluczowe.
Historia polskiego sukcesu kryptologicznego brzmi niemal jak scenariusz filmu przygodowego. Wszystko zaczęło się w sierpniu 1919 roku, czyli rok przed decydującą bitwą. Porucznik Jan Kowalewski, młody oficer łączności o niezwykłym talencie matematycznym i lingwistycznym, pełnił wówczas służbę nocną w Sztabie Generalnym. Rzeczywiście zastępował swojego kolegę, porucznika Mieczysława Ścieżyńskiego, który poprosił o wolne, aby móc uczestniczyć w ślubie i weselu swojego brata.
Kowalewski, dysponując wolnym czasem podczas spokojnej dyżurnej nocy, zaczął przeglądać przechwycone przez polskie radiostacje depesze bolszewickie. Były one zaszyfrowane, co dla większości oficerów stanowiło barierę nie do przejścia. Jednak Kowalewski, uzbrojony jedynie w ołówek, kartkę papieru i... grzebień (który służył mu do przesuwania liter w kolumnach), postanowił zmierzyć się z zagadką.
Metoda, której użył Kowalewski, opierała się na analizie częstotliwościowej. Zauważył on, że pewne grupy znaków w rosyjskich depeszach powtarzają się częściej niż inne. Intuicyjnie założył, że najczęściej występujące znaki muszą odpowiadać najpopularniejszym literom w języku rosyjskim lub specyficznym słowom wojskowym.
Jego pierwszym sukcesem było odczytanie słowa „diwizja” (dywizja). To był punkt zwrotny. W ciągu jednej nocy Kowalewski złamał klucz do depesz Armii Ochotniczej, a wkrótce potem poradził sobie z systemami szyfrowymi kolejnych jednostek bolszewickich. Okazało się, że rosyjskie szyfry, choć wydawały się skomplikowane, opierały się na dość prostych schematach, które przy odpowiedniej dozie cierpliwości i logicznego myślenia dawały się rozszyfrować.
Choć brzmi to anegdotycznie, grzebień był dla Kowalewskiego prymitywnym, ale skutecznym narzędziem pomocniczym. Pozwalał mu na szybkie odmierzanie odstępów między literami w tekście zaszyfrowanym, co ułatwiało wyłapywanie wzorców. To pokazuje, że genialne odkrycia często rodzą się z połączenia wielkiego umysłu i najprostszych dostępnych środków.
Dzięki pracy Jana Kowalewskiego i powołanego przez niego Biura Szyfrów, polskie dowództwo w 1920 roku dysponowało wiedzą, o jakiej inni dowódcy mogli tylko marzyć. Polacy przechwytywali i odczytywali tysiące depesz. Wiedzieli o:
Podczas samej Bitwy Warszawskiej polski radiowywiad dokonał jeszcze jednego mistrzowskiego posunięcia. Aby uniemożliwić Rosjanom komunikację i wprowadzić chaos w ich szeregach, polska radiostacja w Warszawie zaczęła nadawać teksty Pisma Świętego na częstotliwościach używanych przez bolszewików. Przez dwa dni rosyjskie radiostacje były „zagłuszane” fragmentami Biblii, co skutecznie odcięło Tuchaczewskiego od raportów z frontu w krytycznym momencie polskiej kontrofensywy.
Sukces Jana Kowalewskiego miał ogromne znaczenie nie tylko dla Polski, ale i dla całej Europy, chroniąc ją przed zalewem bolszewizmu. Co więcej, to właśnie sukcesy polskiego Biura Szyfrów z okresu wojny 1920 roku położyły fundamenty pod późniejszą pracę polskich matematyków – Mariana Rejewskiego, Jerzego Różyckiego i Henryka Zygalskiego. To oni, kontynuując tradycję zapoczątkowaną przez Kowalewskiego, dokonali niemożliwego i złamali kod niemieckiej Enigmy podczas II wojny światowej.
Jan Kowalewski za swoje zasługi otrzymał order Virtuti Militari, a jego historia jest dowodem na to, że czasem przypadek (taki jak wesele kolegi) w połączeniu z pasją i genialnym umysłem może zmienić bieg historii świata. Bez jego „nudnej” nocnej zmiany losy Bitwy Warszawskiej mogłyby potoczyć się zupełnie inaczej.