Gość (37.30.*.*)
Wybory z 4 czerwca 1989 roku to jeden z najbardziej fascynujących momentów w nowoczesnej historii Polski. Często zastanawiamy się, jak to możliwe, że systemowa machina, która przez dekady kontrolowała każdy aspekt życia obywateli, mogła popełnić tak kardynalny błąd taktyczny. Decyzja o wprowadzeniu ordynacji większościowej do nowo utworzonego Senatu jest przez historyków uznawana za klasyczny przykład „pychy kroczącej przed upadkiem”. Komuniści nie tylko przeliczyli się w swoich kalkulacjach, ale wręcz sami zastawili na siebie pułapkę, w którą wpadli z impetem, jakiego nikt się nie spodziewał.
Przy Okrągłym Stole strona rządowa (PZPR i ich koalicjanci) była przekonana, że kontroluje sytuację. Pomysł przywrócenia Senatu i przeprowadzenia do niego całkowicie wolnych wyborów był swoistym „wentylem bezpieczeństwa”. Komuniści wierzyli, że ordynacja większościowa (gdzie mandat zdobywa ten, kto otrzyma najwięcej głosów w danym okręgu) zadziała na ich korzyść.
Historycy, tacy jak prof. Antoni Dudek, wskazują na kilka kluczowych powodów tego przekonania:
Jednym z najciekawszych aspektów tej historycznej pomyłki były wewnętrzne badania opinii publicznej, którymi dysponowało MSW i PZPR. Historycy zwracają uwagę, że ówczesne ośrodki badania opinii (jak CBOS, który wówczas był instytucją rządową) dostarczały raporty sugerujące, że nastroje społeczne nie są aż tak radykalne.
Komuniści wierzyli w tzw. „milczącą większość”, która rzekomo obawiała się chaosu i ceniła stabilizację, jaką oferowała władza. Co więcej, wielu członków aparatu partyjnego żyło w informacyjnej bańce – otoczeni przez potakiwaczy, naprawdę wierzyli, że społeczeństwo, choć narzeka, to w gruncie rzeczy akceptuje ich rządy jako „mniejsze zło”.
Solidarność zastosowała genialną w swojej prostocie strategię marketingową, której komuniści zupełnie nie przewidzieli. Każdy kandydat Komitetu Obywatelskiego miał zdjęcie z Lechem Wałęsą. Dla wyborców był to jasny sygnał: „nieważne, czy znam tego człowieka, ważne, że stoi za nim Wałęsa”. To całkowicie zneutralizowało przewagę rozpoznawalności lokalnych działaczy PZPR.
Ordynacja większościowa ma to do siebie, że premiuje zwycięzcę. Jeśli jedna strona zdobywa choćby minimalną przewagę w większości okręgów, może zgarnąć niemal wszystkie mandaty. Historycy podkreślają, że komuniści liczyli na to, iż głosy rozłożą się po równo, a ich zdyscyplinowany elektorat (wojsko, milicja, urzędnicy) przeważy szalę.
Stało się dokładnie odwrotnie. Solidarność zdobyła 99 na 100 mandatów w Senacie. Jedyny mandat, który nie trafił do opozycji, zdobył Henryk Stokłosa – niezależny przedsiębiorca, który prowadził niezwykle kosztowną i nowoczesną jak na tamte czasy kampanię wyborczą, dystansując się od obu stron sporu.
Wielu historyków, analizując dokumenty z tamtego okresu, dochodzi do wniosku, że komuniści byli ofiarami własnego systemu. Przez lata tłumili prawdziwą opinię publiczną, więc w momencie próby nie potrafili jej poprawnie odczytać.
Gdyby przyjęli ordynację proporcjonalną (taką, jaka dziś obowiązuje w wyborach do Sejmu), prawdopodobnie zdobyliby w Senacie znaczącą liczbę mandatów, co pozwoliłoby im blokować reformy Solidarności. Wybierając system większościowy, zagrali o wszystko i przegrali wszystko. To, co miało być ich triumfem i legitymizacją władzy w oczach Zachodu, stało się ich politycznym wyrokiem śmierci.
Wybory do Sejmu w 1989 roku nie były w pełni wolne – opozycja mogła walczyć tylko o 35% miejsc. Jednak to właśnie wyniki do Senatu, gdzie wybory były całkowicie demokratyczne, pokazały realną skalę odrzucenia systemu komunistycznego przez Polaków. Wynik 99:1 był szokiem nie tylko dla Warszawy, ale i dla Moskwy, ostatecznie grzebiąc nadzieje PZPR na utrzymanie hegemonii.