Gość (37.30.*.*)
Codziennie stykamy się z setkami, a nawet tysiącami komunikatów marketingowych. Choć świat idzie do przodu, w blokach reklamowych wciąż często widzimy te same, dobrze znane schematy: perfekcyjną panią domu, silnego mężczyznę w luksusowym aucie czy radosnych seniorów na spacerze. Dlaczego, mimo rosnącej świadomości społecznej, reklamy tak uporczywie trzymają się stereotypów? Odpowiedź kryje się w psychologii, ekonomii i specyfice samego medium.
Głównym powodem, dla którego twórcy reklam sięgają po stereotypy, jest mechanizm działania ludzkiego mózgu. Żyjemy w świecie przeładowanym informacjami, dlatego nasz umysł wykształcił tzw. heurystyki, czyli myślowe drogi na skróty. Stereotyp jest właśnie taką drogą – pozwala błyskawicznie zidentyfikować postać, jej rolę i kontekst sytuacji bez konieczności głębokiej analizy.
W reklamie, która trwa zazwyczaj od 15 do 30 sekund, nie ma czasu na budowanie wielowymiarowych postaci czy skomplikowanych historii. Marketerzy muszą w mgnieniu oka przekazać, do kogo kierowany jest produkt. Widząc kobietę w kuchni, podświadomie łączymy produkt z domowym ciepłem lub opieką, a widząc biznesmena w garniturze – z sukcesem i profesjonalizmem. To brutalna ekonomia uwagi: im szybciej zrozumiemy przekaz, tym większa szansa, że zapamiętamy markę.
Branża reklamowa, choć kojarzy się z kreatywnością, bywa niezwykle zachowawcza. Firmy wydają miliony na kampanie i boją się, że zbyt odważne odejście od utartych schematów może zdezorientować lub, co gorsza, zrazić ich główną grupę docelową.
Stereotypy dają poczucie bezpieczeństwa, ponieważ bazują na tym, co jest powszechnie znane i akceptowane (nawet jeśli podświadomie nas to irytuje). Marki często wolą powielać bezpieczny wzorzec, niż ryzykować niezrozumienie przekazu przez masowego odbiorcę. Istnieje obawa, że pokazanie np. mężczyzny w roli osoby zajmującej się wyłącznie domem, mogłoby odciągnąć uwagę od samego produktu, skupiając ją na "nietypowej" sytuacji.
Reklamy rzadko tworzą nowe trendy społeczne – częściej są ich lustrem, choć bywa to lustro nieco zakrzywione. Marketerzy projektują kampanie w oparciu o badania rynku, które pokazują, jak żyje i co myśli ich grupa docelowa. Jeśli dane wskazują, że w konkretnym segmencie rynku to wciąż głównie kobiety podejmują decyzje o zakupie środków czystości, reklamy będą kierowane właśnie do nich, używając kodów wizualnych, które te kobiety rozpoznają.
Problem polega na tym, że reklama często pokazuje nie to, jak jest naprawdę, ale to, jak chcielibyśmy, żeby było, lub co uważamy za "normę". To tworzy błędne koło: reklama powiela stereotyp, bo uważa, że tego oczekuje odbiorca, a odbiorca utwierdza się w stereotypie, bo widzi go w reklamie.
W psychologii istnieje termin "efekt czystej ekspozycji" (zjawisko odkryte przez Roberta Zajonca). Polega ono na tym, że mamy tendencję do oceniania jako bardziej pozytywne tych bodźców, które już znamy. Dlatego znajome schematy w reklamach budują w nas podświadome poczucie komfortu i zaufania do marki, nawet jeśli racjonalnie uważamy je za przestarzałe.
Choć stereotypy wciąż trzymają się mocno, w ostatnich latach obserwujemy wyraźną zmianę. Coraz więcej marek decyduje się na tzw. femvertising (reklamy wzmacniające pozycję kobiet) lub kampanie promujące inkluzywność i różnorodność. Marki takie jak Dove czy Nike od lat budują swój wizerunek na przełamywaniu barier i pokazywaniu "prawdziwych" ludzi zamiast wyidealizowanych modeli.
Współczesny konsument, zwłaszcza z pokolenia Z i Millenialsów, jest coraz bardziej wyczulony na autentyczność. Firmy, które zbyt mocno trzymają się szkodliwych uproszczeń, ryzykują tzw. backlash w mediach społecznościowych.
Stereotypy w reklamie to narzędzie, które ma ułatwić sprzedaż poprzez maksymalne uproszczenie komunikacji. Choć psychologicznie skuteczne, coraz częściej stają się balastem dla marek, które chcą być postrzegane jako nowoczesne i odpowiedzialne społecznie. Walka między "bezpiecznym schematem" a "odważną autentycznością" trwa, a to my – jako konsumenci – swoimi wyborami decydujemy, która strona zwycięży.