Gość (37.30.*.*)
Przeglądając media społecznościowe, sekcje komentarzy pod artykułami czy portale z opiniami o produktach, często odnosimy wrażenie, że mamy do czynienia z autentycznym głosem społeczeństwa. Widzimy setki osób popierających konkretną ustawę, zachwalających nowy model smartfona lub krytykujących daną firmę. Jednak w świecie cyfrowym nie wszystko jest tym, czym się wydaje. Zjawisko, które polega na tworzeniu sztucznego, masowego poparcia (lub sprzeciwu), nazywamy astroturfingiem. To jedna z najbardziej przebiegłych form manipulacji opinią publiczną, z którą stykamy się niemal codziennie, często nie zdając sobie z tego sprawy.
Termin „astroturfing” wywodzi się od marki AstroTurf, która produkuje syntetyczną trawę stosowaną na stadionach. W języku angielskim autentyczne, oddolne inicjatywy obywatelskie określa się mianem grassroots (dosłownie: korzenie trawy). Astroturfing to zatem „sztuczna trawa” – operacja, która ma udawać naturalny ruch społeczny, ale w rzeczywistości jest starannie zaplanowaną i opłaconą kampanią PR-ową, polityczną lub marketingową.
W skrócie: astroturfing to tworzenie iluzji, że za daną ideą, produktem czy kandydatem stoją rzesze zwykłych ludzi, podczas gdy za sznurki pociąga jedna potężna organizacja, korporacja lub partia polityczna.
Astroturfing nie jest dziełem przypadku. To proces wymagający odpowiednich narzędzi i strategii. Najczęściej wykorzystuje się do tego:
Człowiek z natury jest istotą stadną. Podświadomie ufamy opinii większości – to zjawisko psychologiczne zwane społecznym dowodem słuszności. Jeśli widzimy, że pod postem o nowym podatku 90% komentarzy jest pozytywnych, zaczynamy wątpić we własne, negatywne zdanie. Astroturfing żeruje na tym mechanizmie, tworząc fałszywy konsensus.
Choć zjawisko to kojarzy się głównie z polityką i „wojnami” w komentarzach przed wyborami, jego macki sięgają znacznie dalej.
To tutaj astroturfing przybiera formę fałszywych recenzji. Firmy kupują pakiety opinii „5 gwiazdek” na Google Maps czy w popularnych sklepach internetowych. Czasami idzie to w drugą stronę – opłaca się ludzi do wystawiania negatywnych opinii konkurencji, by zniszczyć jej reputację.
Wielkie koncerny (np. tytoniowe, paliwowe czy farmaceutyczne) często tworzą „oddolne” ruchy pacjentów lub konsumentów, które walczą o korzystne dla tych firm zmiany w prawie. Przykładowo, kampania przeciwko zakazowi palenia w miejscach publicznych mogła być przedstawiana jako walka o „wolność obywatelską”, podczas gdy w rzeczywistości stały za nią pieniądze gigantów tytoniowych.
To najbardziej niebezpieczny obszar. Astroturfing służy tu do polaryzacji społeczeństwa, siania dezinformacji i dyskredytowania przeciwników politycznych. W dobie konfliktów zbrojnych i napięć międzynarodowych, farmy trolli są wykorzystywane jako narzędzie wojny hybrydowej.
Wykrycie astroturfingu nie zawsze jest łatwe, ale istnieje kilka sygnałów ostrzegawczych, na które warto zwrócić uwagę:
W wielu krajach, w tym w Polsce i w całej Unii Europejskiej, przepisy dotyczące ochrony konsumentów coraz mocniej uderzają w astroturfing marketingowy. Dyrektywa Omnibus, która weszła w życie w ostatnich latach, nakłada na sprzedawców obowiązek informowania, czy i w jaki sposób weryfikują autentyczność opinii. Publikowanie fałszywych recenzji może wiązać się z ogromnymi karami finansowymi nakładanymi przez urzędy takie jak UOKiK. W sferze politycznej walka z tym zjawiskiem jest znacznie trudniejsza, ponieważ często ociera się o kwestie wolności słowa.
Zrozumienie, czym jest astroturfing, to pierwszy krok do tego, by stać się bardziej świadomym użytkownikiem internetu. W świecie, w którym poparcie można kupić za pomocą kilku kliknięć, krytyczne myślenie i weryfikacja źródeł stają się naszymi najważniejszymi narzędziami obronnymi.