Gość (37.30.*.*)
Wyobraź sobie, że Twoi dalecy przodkowie traktowali chrupiące pancerzyki chrząszczy tak samo, jak my dzisiaj traktujemy chipsy. Dla wczesnych ssaków owady były głównym źródłem białka i energii. Aby jednak w pełni z nich korzystać, natura wyposażyła nas w specjalne narzędzie: geny odpowiedzialne za produkcję chitinazy – enzymu rozkładającego chitynę. Chityna to twardy wielocukier, z którego zbudowane są szkielety zewnętrzne owadów, skorupiaków, a także ściany komórkowe grzybów. Dlaczego więc dzisiaj większość z nas ma problem ze strawieniem pancerzyka krewetki?
Kluczem do zrozumienia, dlaczego nasz gen odpowiedzialny za trawienie chityny (konkretnie gen CHIA, kodujący kwaśną chitinazę ssaków – AMCase) przestał być aktywny na pełnych obrotach, jest zmiana diety. W toku ewolucji nasi przodkowie, czyli wczesne naczelne, zaczęli zmieniać swoje menu. Zamiast biegać za owadami, zaczęli sięgać po owoce, liście, a znacznie później – po mięso większych zwierząt i produkty przetworzone termicznie.
W biologii obowiązuje zasada: „używaj albo trać”. Jeśli dany enzym nie jest niezbędny do przetrwania, presja selekcyjna na utrzymanie sprawnego genu maleje. U ludzi gen CHIA nie zniknął całkowicie, ale stał się tzw. pseudogenem lub jego ekspresja została drastycznie ograniczona. W porównaniu do takich zwierząt jak wyjce czy tarsjusze, które wciąż zajadają się owadami i mają kilka aktywnych kopii tego genu, my posiadamy jedynie jego „cień”. Nasz organizm uznał, że produkowanie dużej ilości enzymu do trawienia czegoś, czego prawie nie jemy, to po prostu marnotrawstwo energii.
Technicznie rzecz biorąc – tak. Żyjemy w erze inżynierii genetycznej, a narzędzia takie jak CRISPR-Cas9 pozwalają na niezwykle precyzyjne edytowanie DNA. Teoretycznie naukowcy mogliby zmodyfikować ludzki genom tak, aby przywrócić pełną funkcjonalność genu CHIA lub zwiększyć jego ekspresję w żołądku.
Jednak "masowa aktywacja" to zupełnie inna bajka. Oto dlaczego nie jest to takie proste:
Co ciekawe, nie u każdego człowieka gen ten jest tak samo "uśpiony". Badania antropologiczne sugerują, że populacje, które tradycyjnie spożywały więcej owadów (np. w niektórych regionach Azji, Afryki czy Ameryki Łacińskiej), mogą wykazywać wyższą aktywność enzymów chitinolitycznych niż mieszkańcy Europy. To klasyczny przykład adaptacji do lokalnego środowiska i dostępnych źródeł pożywienia.
Choć nie trawimy chityny tak sprawnie jak nasi przodkowie, nie oznacza to, że jest ona dla nas bezużyteczna. Współczesna dietetyka traktuje chitynę podobnie jak błonnik roślinny. Przechodzi ona przez nasz układ pokarmowy, wspomagając perystaltykę jelit i stanowiąc pożywkę dla dobrych bakterii jelitowych (działa jako prebiotyk).
Jeśli spojrzymy na to od strony biochemicznej, proces trawienia (a raczej jego brak) można opisać prostym schematem:
Wynik? Większość chityny, którą zjesz, opuści Twój organizm w niezmienionej formie. Choć nauka posiada klucze do "odblokowania" tej zdolności, na razie bezpieczniej (i taniej) jest po prostu dobrze wysmażyć szarańczę lub zaufać naszym bakteriom jelitowym, które powoli uczą się radzić sobie z nowymi składnikami naszej diety.