Gość (37.30.*.*)
Wyobrażenie sobie alternatywnej ścieżki ewolucji człowieka, w której nasza anatomia i gospodarka hormonalna ulegają tak drastycznym zmianom, otwiera fascynujące pole do analizy biologicznej i społecznej. Gdyby natura wyposażyła nas w szersze miednice, wyższe brzuchy i zupełnie inny model rozrodczy, nasz gatunek musiałby wypracować całkowicie nowe mechanizmy przetrwania, a codzienne życie wyglądałoby niemal jak z powieści science-fiction.
Zwiększenie szerokości miednicy o 5 cm oraz wydłużenie tułowia (wyższy brzuch o 6 cm) to ewolucyjna odpowiedź na konieczność pomieszczenia dwukrotnie większej macicy i licznego potomstwa. Taka budowa ciała znacząco wpłynęłaby na biomechanikę ruchu. Szersza miednica u kobiet oznaczałaby zmianę środka ciężkości, co prawdopodobnie skutkowałoby innym sposobem chodzenia i biegania – ruchy byłyby mniej efektywne energetycznie podczas sprintu, ale za to miednica stałaby się stabilniejszą platformą dla dźwigania dużego ciężaru w trakcie ciąży.
Dodatkowe 6 cm wysokości brzucha pozwoliłoby narządom wewnętrznym, takim jak żołądek czy jelita, na „przetrwanie” naporu ogromnej macicy. W obecnej anatomii pod koniec ciąży narządy te są mocno ściśnięte, co powoduje dyskomfort i problemy z trawieniem. W proponowanym modelu, mimo obecności nawet siedmioraczków, kobieta zachowałaby większą wydolność oddechową i pokarmową dzięki dodatkowej przestrzeni w jamie brzusznej.
Przedłużenie ciąży do 11,5 miesiąca przy jednoczesnym założeniu, że zawsze jest ona mnoga, to scenariusz ekstremalny pod względem metabolicznym. Organizm kobiety musiałby stać się „super-fabryką” energii. Przy ciąży trwającej blisko rok, noworodki rodziłyby się prawdopodobnie znacznie bardziej rozwinięte niż obecnie – być może byłyby zdolne do samodzielnego trzymania głowy lub nawet raczkowania krótko po narodzinach, co przypominałoby rozwój młodych u ssaków kopytnych.
Zjawisko wyłącznie ciąż mnogich (od bliźniąt do siedmioraczków) wymusiłoby całkowitą zmianę struktury społecznej. Model rodziny „2+1” przestałby istnieć. Wychowanie tak licznego potomstwa w jednym czasie wymagałoby wsparcia całej społeczności, co mogłoby doprowadzić do powrotu silnych struktur plemiennych lub komunalnych.
Podwojenie produkcji oksytocyny od trzeciego miesiąca ciąży miałoby kolosalny wpływ na psychikę i fizjologię kobiet. Oksytocyna, zwana „hormonem miłości i więzi”, w tak wysokim stężeniu mogłaby wywoływać stan permanentnej euforii i ekstremalnego przywiązania do nienarodzonych jeszcze dzieci. Z biologicznego punktu widzenia, tak wysoki poziom tego hormonu mógłby również obniżać próg bólu i lęku, co byłoby niezbędne przy trudach niemal rocznej ciąży mnogiej. Jednak skutkiem ubocznym mogłaby być nadopiekuńczość i ogromny stres w sytuacjach separacji.
Z kolei u mężczyzn dwukrotny wzrost poziomu noradrenaliny zmieniłby ich w jednostki stale gotowe do działania. Noradrenalina odpowiada za mobilizację mózgu i ciała do reakcji „walcz lub uciekaj”. Współczesny mężczyzna w takim stanie byłby niezwykle czujny, energiczny, ale też podatny na chroniczny stres i agresję. W kontekście ewolucyjnym miało to służyć ochronie licznej rodziny przed zagrożeniami, jednak w dzisiejszym, spokojnym świecie, mogłoby prowadzić do problemów z nadciśnieniem, bezsennością i nadpobudliwością.
Warto wiedzieć, że natura zna już przypadki ekstremalnych dostosowań:
Gdyby taki model biologiczny stał się faktem, nasza cywilizacja musiałaby wyglądać inaczej:
Podsumowując, człowiek o takiej charakterystyce byłby istotą znacznie bardziej nastawioną na przetrwanie grupy niż jednostki. Biologia wymusiłaby na nas ekstremalną współpracę, a hormonalny „koktajl” sprawiłby, że więzi rodzinne byłyby silniejsze niż kiedykolwiek, choć okupione ogromnym kosztem fizycznym i emocjonalnym.