Gość (37.30.*.*)
„Oskar i pani Róża” to jedna z tych historii, które potrafią wycisnąć łzy nawet z najbardziej zatwardziałych serc. Eric-Emmanuel Schmitt stworzył opowieść uniwersalną, która w formie książkowej stała się światowym bestsellerem. Jednak kiedy autor sam zdecydował się przenieść swoje dzieło na wielki ekran, wielu fanów pierwowzoru poczuło zdziwienie. Filmowa wersja z 2009 roku znacząco różni się nastrojem od literackiego oryginału, uciekając w stronę realizmu magicznego i wizualnego przepychu. Z kolei polskie adaptacje, zwłaszcza te teatralne i telewizyjne, uchodzą za znacznie wierniejsze duchowi książki. Skąd biorą się te różnice?
Eric-Emmanuel Schmitt, decydując się na reżyserię własnego tekstu, stanął przed nie lada wyzwaniem. Książka ma formę epistolarną – to zbiór listów dziesięcioletniego Oskara do Pana Boga. Taka forma jest niezwykle intymna, surowa i skupiona na wewnętrznych przeżyciach chłopca. Przeniesienie tego jeden do jednego na ekran mogłoby skutkować filmem statycznym, a wręcz klaustrofobicznym.
Schmitt postanowił więc wykorzystać potęgę kina, by „rozszerzyć” świat Oskara. Filmowa ekranizacja jest bardziej optymistyczna, ponieważ reżyser postawił na celebrację życia, a nie na dokumentowanie odchodzenia. Wprowadził on elementy fantastyczne, barwne retrospekcje z rzekomej kariery zapaśniczej pani Róży oraz oniryczne wizje, które materializują wyobraźnię chłopca. Dzięki temu śmierć, choć wciąż obecna, zostaje przykryta warstwą magii i humoru. Autor chciał pokazać, że wyobraźnia jest narzędziem, które pozwala pokonać strach przed nieznanym, co w efekcie daje widzowi poczucie nadziei, a nie przygnębienia.
Warto wiedzieć, że Eric-Emmanuel Schmitt nie jest tylko pisarzem, ale również filozofem z wykształcenia. Jego decyzja o nadaniu filmowi bardziej optymistycznego tonu wynikała z jego osobistej filozofii – uważa on, że sztuka powinna nieść pocieszenie i uczyć, jak pięknie żyć, nawet w obliczu nieuchronnego końca.
Dlaczego polskie podejście do „Oskara i pani Róży” – mowa tu głównie o słynnym spektaklu Teatru Telewizji z Małgorzatą Kożuchowską i cyklu przedstawień teatralnych – jest uznawane za znacznie bliższe oryginałowi? Odpowiedź tkwi w szacunku do tekstu i specyfice polskiej szkoły aktorskiej.
W Polsce „Oskar i pani Róża” zaistniał przede wszystkim jako kameralny dramat. Polscy twórcy zrezygnowali z efektów specjalnych i wizualnych fajerwerków na rzecz czystej relacji między dwojgiem ludzi. W polskiej adaptacji to słowo jest najważniejsze – dokładnie tak, jak w książce, gdzie każde zdanie w liście do Boga ma swoją wagę. Minimalizm scenograficzny pozwala widzowi skupić się na emocjach, bólu, buncie i ostatecznym pogodzeniu się z losem, co sprawia, że przekaz jest bardziej surowy i bezpośredni, a przez to wierniejszy literackiemu pierwowzorowi.
Głównym powodem, dla którego książka wydaje się smutniejsza lub bardziej refleksyjna niż autorski film, jest sposób, w jaki angażuje ona naszą wyobraźnię. Czytając listy Oskara, sami budujemy w głowie obraz szpitalnego korytarza i twarzy pani Róży. Film Schmitta narzuca nam gotową, kolorową wizję, która momentami przypomina baśń.
Polska adaptacja natomiast zachowuje ten „margines dla widza”. Nie próbuje upiększać rzeczywistości Oskara. Skupia się na psychologicznym aspekcie zabawy w „10 lat w jeden dzień”, którą proponuje pani Róża. Dzięki temu polski widz otrzymuje historię, która nie boi się ciszy i smutku, co jest kluczowe dla zrozumienia głębi tej opowieści.
Choć filmowa ekranizacja Schmitta i polskie adaptacje teatralne różnią się od siebie diametralnie, każda z nich wnosi coś cennego:
Niezależnie od tego, którą wersję wybierzesz, historia Oskara i pani Róży pozostaje jedną z najpiękniejszych lekcji humanizmu we współczesnej kulturze. Pokazuje, że życie nie mierzy się liczbą lat, ale intensywnością przeżyć i głębią relacji z innymi.