Gość (83.4.*.*)
Złote Maliny, czyli słynne Razzies, od dekad budzą skrajne emocje. Dla jednych to zabawna odtrutka na nadęty sezon nagród, dla innych przejaw czystej złośliwości. Czy jednak pod warstwą sarkazmu i kpin z nieudanych efektów specjalnych kryje się coś głębszego? Czy antynagrody mogą być specyficzną formą tęsknoty za czasami, gdy kino wydawało się bardziej „szlachetne”? Choć na pierwszy rzut oka Złote Maliny wydają się jedynie atakiem na współczesną popkulturę, ich geneza i sposób przyznawania nominacji mówią nam sporo o tym, jak postrzegamy historię Hollywood.
Zanim przejdziemy do kwestii nostalgii, warto przypomnieć, że Złote Maliny nie powstały w próżni. Ich pomysłodawca, John J.B. Wilson, zorganizował pierwszą ceremonię w 1981 roku w swoim salonie. Był to czas, gdy Hollywood zaczynało mocno skręcać w stronę wysokobudżetowych blockbusterów, a tradycyjny system studyjny znany ze „złotej ery” (lat 20.-60. XX wieku) był już tylko wspomnieniem.
Razzies narodziły się jako bunt przeciwko promowaniu filmów, które mają ogromne budżety, ale brakuje im „duszy” lub rzemiosła, które kojarzono z dawnymi mistrzami. W tym sensie można dostrzec w nich cień nostalgii – niekoniecznie za konkretnymi latami, ale za standardami jakości, które – zdaniem twórców antynagród – zostały porzucone na rzecz czystego zysku.
Czy Złote Maliny to wyraz tęsknoty za złotą erą Hollywood? Odpowiedź nie jest jednoznaczna, ale istnieje kilka argumentów przemawiających za tą tezą:
Z drugiej strony, wielu krytyków filmowych uważa, że Złote Maliny mają niewiele wspólnego z nostalgią, a znacznie więcej z chęcią zaistnienia w mediach. Często zarzuca się im, że nominują filmy, które wcale nie są najgorsze, ale są najbardziej „widowiskowymi porażkami”.
W złotej erze Hollywood również powstawały fatalne filmy, ale system studyjny skutecznie zamiatał je pod dywan lub po prostu o nich zapominano. Złote Maliny skupiają się na tym, co tu i teraz, wyśmiewając współczesną machinę marketingową. Można więc uznać, że Razzies to raczej wyraz frustracji obecnym stanem branży niż realna próba przywrócenia dawnych wartości.
Choć większość gwiazd udaje, że nagroda nie istnieje, niektórzy wykazali się ogromnym dystansem do siebie. Najsłynniejszym przypadkiem jest Sandra Bullock, która w 2010 roku odebrała antynagrodę za film „Wszystko o Stevenie”... dzień przed tym, jak zdobyła Oscara za „Wielkiego Mike’a”. Rozdała wtedy członkom kapituły płyty DVD z filmem, prosząc, by obejrzeli go jeszcze raz i zastanowili się, czy naprawdę był taki zły. Innym przykładem jest Halle Berry, która przyszła na ceremonię z Oscarem w jednej ręce i Złotą Maliną w drugiej.
Warto zauważyć, że profil nominacji zmienia się wraz z duchem czasu. Kiedyś Maliny uderzały w wielkie widowiska, dziś coraz częściej dostaje się platformom streamingowym za masową produkcję treści. Jeśli uznamy nostalgię za tęsknotę za kinem wyświetlanym wyłącznie na wielkim ekranie, z odpowiednią celebracją, to tak – Złote Maliny mogą być postrzegane jako strażnik „starego porządku”.
Jednak w ostatnich latach kapituła musiała zmierzyć się z falą krytyki. Przykładem była specjalna kategoria stworzona dla Bruce’a Willisa, którą wycofano po ogłoszeniu informacji o jego chorobie (afazji). To pokazało, że granica między satyrą a brakiem empatii jest cienka, co nieco osłabiło autorytet nagrody jako „sumienia Hollywood”.
Złote Maliny to fascynujące zjawisko socjologiczne. Choć ich bezpośrednim celem jest wyśmianie najgorszych osiągnięć roku, w ich DNA wpisane jest porównywanie współczesności do wyidealizowanej przeszłości. Czy to nostalgia za złotą erą? Być może raczej za „erą jakości”, w której film był wydarzeniem artystycznym, a nie tylko produktem w tabelce Excela. Bez względu na to, czy je lubimy, czy nie, Razzies przypominają nam, że w kinie – tak jak w życiu – nie zawsze wszystko złoto, co się świeci.