Jakie masz pytanie?

lub

Dlaczego sezony współczesnych seriali kończą się już pod koniec października i maja, po czym następują trzymiesięczne przerwy, zamiast – jak dawniej – przewidywać jedynie przerwy świąteczno-noworoczne oraz wakacyjne rozpoczynające się dopiero w czerwcu?

zmiany w produkcji seriali dlaczego sezony są krótsze harmonogram emisji seriali
avatar

Gość (37.30.*.*)



Odpowiedź:

Współczesna telewizja i platformy streamingowe przeszły gigantyczną metamorfozę, a wraz z nią zmienił się sposób, w jaki serwowane są nam kolejne odcinki ulubionych produkcji. Jeśli pamiętasz czasy, gdy seriale startowały we wrześniu i z krótką przerwą na Boże Narodzenie trwały aż do czerwca, dzisiejszy harmonogram może wydawać się chaotyczny i frustrujący. Dlaczego więc stacje i serwisy VOD decydują się na tak wczesne finały i długie przerwy? Odpowiedź kryje się w pieniądzach, technologii oraz zmieniających się nawykach widzów.

Zmiana modelu produkcji: jakość zamiast ilości

Kiedyś standardem dla serialu dramatycznego lub komediowego było 22–24 odcinki na sezon. Taki model pozwalał wypełnić ramówkę od jesieni do późnej wiosny. Dzisiaj większość hitowych produkcji, szczególnie tych od HBO, Netfliksa czy Disneya, liczy od 8 do 13 odcinków.

Przyczyną jest dążenie do filmowej jakości. Współczesne seriale mają budżety idące w setki milionów dolarów, a ich postprodukcja (efekty specjalne, montaż, udźwiękowienie) trwa znacznie dłużej niż dawniej. Krótsze sezony oznaczają, że materiał kończy się szybciej – jeśli serial startuje we wrześniu i ma tylko 8 odcinków, naturalnie zakończy się pod koniec października lub na początku listopada.

Strategia "mid-season finale" i walka o uwagę

Zjawisko kończenia emisji (lub robienia długiej przerwy) pod koniec października ma też podłoże strategiczne. W USA, które dyktują trendy na rynku telewizyjnym, przełom października i listopada to czas tzw. "mid-season finales". Stacje dzielą sezon na dwie części, by:

  • Zbudować napięcie: Wielki cliffhanger przed przerwą sprawia, że o serialu mówi się w mediach społecznościowych przez kolejne miesiące.
  • Uniknąć konkurencji: Grudzień to czas programów świątecznych, powtórek i wyjazdów, kiedy oglądalność premierowych odcinków tradycyjnie spada.
  • Zoptymalizować budżet reklamowy: Reklamodawcy najwięcej płacą w okresach tzw. "sweeps" (listopad, luty, maj), dlatego stacje kumulują najważniejsze wydarzenia fabularne właśnie w tych terminach.

Dlaczego maj wciąż jest magiczną granicą?

Tradycja kończenia sezonów w maju wywodzi się z klasycznego kalendarza telewizyjnego. Maj to ostatni miesiąc "wysokiego sezonu" przed letnim spadkiem oglądalności. Choć streaming teoretycznie nie musi się tym przejmować, wiele platform wciąż trzyma się tego cyklu, by ich produkcje mogły załapać się na okres zgłaszania nominacji do prestiżowych nagród Emmy (termin upływa zazwyczaj z końcem maja).

Zakończenie sezonu w maju pozwala też aktorom i ekipie na przerwę wakacyjną, po której w lipcu lub sierpniu wracają na plan, by przygotować nową porcję odcinków na kolejną jesień.

Ciekawostka: Efekt "Binge-watching" a przerwy

Platformy streamingowe coraz częściej dzielą sezony na dwie części (np. "Stranger Things" czy "Bridgertonowie"), nawet jeśli mają one tylko 8 odcinków. Robią to, aby zatrzymać subskrybenta na dłużej niż jeden miesiąc. Jeśli cały sezon pojawi się 1 maja, widz obejrzy go w jeden wieczór i może anulować subskrypcję. Jeśli drugą część dostanie pod koniec czerwca, musi zapłacić za kolejny miesiąc dostępu.

Streaming i koniec "sezonu ogórkowego"

Warto zauważyć, że choć tradycyjne seriale "jesienne" kończą się w maju, luka ta jest coraz częściej wypełniana przez tzw. "summer series". Kiedyś lato było czasem powtórek, dziś to moment premier wielkich hitów streamingowych. Dzięki temu, choć nasze ulubione seriale z głównego nurtu znikają w maju, praktycznie co tydzień dostajemy coś nowego na platformach VOD.

Długie, trzymiesięczne (lub nawet dłuższe) przerwy są więc wynikiem logistyki. Produkcja serialu, który wygląda jak film kinowy, zajmuje obecnie od 12 do 18 miesięcy. Dawny model "taśmowy", gdzie kręcono odcinek w tydzień, odszedł do lamusa w przypadku największych produkcji premium.

Czy ten trend się utrzyma?

Wszystko wskazuje na to, że tak. Widzowie przyzwyczaili się do krótszych, bardziej intensywnych sezonów, a twórcy wolą skupić się na dopracowaniu 10 odcinków, zamiast "rozciągać" fabułę do 22 epizodów, co często skutkowało tzw. "zapychaczami" (filler episodes). Choć tęsknimy za stałym rytmem emisji od września do czerwca, obecny model pozwala na znacznie wyższy poziom artystyczny produkcji, które oglądamy.

Podziel się z innymi: