Gość (37.30.*.*)
Często wracamy pamięcią do lat 90. z ogromnym sentymentem. To czas, kiedy na ekranach telewizorów królowały magnetowidy, a ramówkę planowało się z papierowym programem telewizyjnym w ręku. Wiele osób uważa, że to właśnie wtedy powstawały najbardziej ambitne, bezkompromisowe i oryginalne produkcje, które dziś stanowią niedościgniony wzór. Czy jednak ambitne seriale to rzeczywiście pieśń przeszłości, która bezpowrotnie minęła wraz z nadejściem nowego tysiąclecia?
Choć lata 90. położyły fundamenty pod to, co dziś nazywamy „telewizją premium”, odpowiedź brzmi: nie, ambitne seriale nie przeszły do historii. Wręcz przeciwnie – prawdziwa rewolucja i złoty wiek seriali rozkwitły dopiero po roku 2000, a współczesne produkcje potrafią dorównać, a czasem nawet przewyższyć kinowe arcydzieła.
Nie można odmówić latom 90. miana epoki przełomowej. To właśnie wtedy twórcy telewizyjni zaczęli powoli zrywać z tradycyjną, bezpieczną formułą tzw. procedurali (seriali, w których każdy odcinek opowiada zamkniętą historię, a status quo zostaje zachowany).
Kluczowym momentem było pojawienie się na antenie „Miasteczka Twin Peaks” (1990) stworzonego przez Davida Lyncha i Marka Frosta. Lynch przeniósł na mały ekran filmową estetykę, surrealizm, oniryczny klimat i skomplikowaną intrygę kryminalną, która nie spieszyła się z rozwiązaniem. Pokazał, że widz telewizyjny jest gotowy na zagadki, niejednoznaczność i artystyczny eksperyment.
W tym samym dziesięcioleciu narodziły się inne produkcje, które przesuwały granice:
Lata 90. były więc inkubatorem nowej formy artystycznej. Twórcy udowodnili, że telewizja nie musi być tylko „głupszym bratem kina”, służącym wyłącznie do bezmyślnej rozrywki.
Choć fundamenty wzniesiono pod koniec XX wieku, to prawdziwy boom na ambitne produkcje – nazywany przez krytyków „Złotą Erą Telewizji” (Golden Age of Television) – nastąpił w latach 2000. i 2010. To wtedy budżety serialowe zaczęły dorównywać hollywoodzkim blockbusterom, a najlepsi reżyserzy i aktorzy filmowi zaczęli masowo przechodzić do telewizji.
To właśnie po roku 2000 powstały dzieła, które przez wielu krytyków uznawane są za absolutne szczyty ludzkiej kreatywności w tym medium:
Gdyby ambitna telewizja skończyła się w latach 90., nigdy nie zobaczylibyśmy tych arcydzieł. Co więcej, to właśnie w XXI wieku seriale zyskały status dominującej formy narracyjnej w popkulturze.
Wraz z nadejściem ery platform streamingowych (takich jak Netflix, HBO Max, Apple TV+ czy Disney+) rynek zalały setki nowych produkcji rocznie. Może to rodzić poczucie przesytu i wrażenie, że „kiedyś było lepiej”, ponieważ trudniej jest wyłowić perełki z morza przeciętności.
Jednak ambitne, wymagające i nowatorskie seriale powstają cały czas. W ostatnich latach widzowie otrzymali produkcje, które śmiało mogą konkurować z klasyką:
Współczesna telewizja ma do zaoferowania niezwykle zróżnicowane i odważne formalnie projekty. Twórcy mają dziś większą swobodę artystyczną niż kiedykolwiek wcześniej, a techniczne możliwości realizacji stoją na najwyższym poziomie w historii.
Przekonanie, że „kiedyś to były seriale, a teraz już nie ma” wynika z kilku mechanizmów psychologicznych i rynkowych:
Pamiętamy z lat 90. tylko te najlepsze, przełomowe tytuły, zapominając o setkach powtarzalnych, kiepskich tasiemców, które wówczas emitowano. Czas działa jak filtr – odsiewa tandetę, pozostawiając w naszej pamięci wyłącznie arcydzieła. Współcześnie widzimy cały proces na bieżąco: obok genialnego serialu na platformie streamingowej pojawia się dziesięć kiepskich reality show, co może zaburzać naszą ocenę ogólnej jakości rynku.
W latach 90. oglądanie serialu było rytuałem. Cały kraj czekał na kolejny odcinek o określonej porze, a potem dyskutował o nim w pracy czy szkole. Dziś, w dobie „binge-watchingu” (oglądania całych sezonów naraz), seriale konsumujemy szybciej. Szybciej też o nich zapominamy, co może sprawiać wrażenie, że nie mają one już takiego ciężaru gatunkowego jak dawniej.
Kiedyś wybór kanałów był ograniczony, więc ambitne produkcje oglądały miliony ludzi jednocześnie. Dziś rynek jest niezwykle rozdrobniony. Ambitny, niszowy serial może przejść bez echa w szerokich mediach, gromadząc wokół siebie oddaną, ale niewielką społeczność na całym świecie.
Czy wiesz, że rewolucja ambitnej telewizji miała swój oficjalny slogan reklamowy? W 1996 roku stacja HBO (Home Box Office) zaczęła promować się hasłem: „It’s not TV. It’s HBO” („To nie jest telewizja. To HBO”).
Był to genialny ruch marketingowy, ale też artystyczna deklaracja. Stacja chciała wyraźnie odciąć się od tradycyjnych, darmowych kanałów telewizyjnych, które kojarzyły się z przerywanymi reklamami operami mydlanymi i prostymi teleturniejami. HBO postawiło na model subskrypcyjny, co oznaczało, że nie musieli walczyć o masową widownię i przypodobywać się reklamodawcom. Mogli pozwolić sobie na brutalność, nagość, skomplikowane wątki i brak jednoznacznego happy endu. To właśnie ta decyzja otworzyła drzwi dla współczesnych twórców i zmieniła postrzeganie seriali na zawsze.