Gość (83.4.*.*)
Kiedy mówimy, że postać w książce, filmie czy grze może zrobić wszystko bez żadnego wysiłku, zazwyczaj dotykamy jednego z najbardziej kontrowersyjnych tematów w teorii narracji. W świecie literatury i kina takie zjawisko często określa się mianem postaci „Overpowered” (w skrócie OP) lub – jeśli brak wysiłku idzie w parze z brakiem wad charakteru – terminem „Mary Sue” (lub „Gary Stu” w wersji męskiej). Choć na pierwszy rzut oka bycie wszechmocnym brzmi jak marzenie, dla konstrukcji fabuły jest to ogromne wyzwanie, które może albo zachwycić odbiorcę, albo całkowicie zepsuć przyjemność z lektury.
W klasycznym modelu opowiadania historii bohater musi przejść przez tzw. drogę bohatera. Oznacza to, że napotyka przeszkody, ponosi porażki, trenuje, uczy się na błędach i ostatecznie – po ciężkiej walce – osiąga cel. Gdy postać „może zrobić wszystko bez wysiłku”, cały ten proces zostaje pominięty. Taki bohater nie musi ćwiczyć, by władać mieczem, nie musi studiować latami, by rzucać potężne zaklęcia, i nie odczuwa strachu przed przeciwnikiem, bo wie, że wygra jednym skinieniem palca.
Brak wysiłku oznacza tutaj brak oporu materii. Jeśli postać chce otworzyć zaryglowane drzwi, po prostu przez nie przechodzi. Jeśli musi pokonać armię, robi to w przerwie na kawę. Z punktu widzenia mechaniki opowieści, taka postać staje się niemal tożsama z siłą wyższą lub bóstwem, co drastycznie zmienia dynamikę relacji między czytelnikiem a tekstem.
Głównym powodem, dla którego tacy bohaterowie są często krytykowani, jest brak napięcia. Podstawą dobrej historii jest konflikt. Jeśli wiemy, że protagonista nie może przegrać i nie musi się nawet pocić, by osiągnąć sukces, znika obawa o jego losy. Czytelnik przestaje angażować się emocjonalnie, bo wynik każdej konfrontacji jest z góry znany.
Z drugiej strony, postacie robiące wszystko bez wysiłku są fundamentem tzw. „power fantasy”. To gatunek lub motyw, w którym odbiorca ma utożsamiać się z kimś niepowstrzymanym. Pozwala to na chwilową ucieczkę od rzeczywistości, w której sami często borykamy się z ograniczeniami i trudnościami. Widok bohatera, który z uśmiechem na ustach rozwiązuje problemy nie do przejścia, daje specyficzny rodzaj satysfakcji.
Warto wspomnieć o terminach Mary Sue i Gary Stu. Pojawiły się one pierwotnie w świecie fanfiction i opisują postacie, które są nie tylko wszechmocne, ale też pozbawione wad, powszechnie kochane przez inne postacie i zawsze mające rację. W takim przypadku „brak wysiłku” dotyczy nie tylko sfery fizycznej czy magicznej, ale też moralnej i społecznej. Taka konstrukcja postaci jest często uznawana za błąd warsztatowy autora, ponieważ sprawia, że świat przedstawiony wydaje się sztuczny i nienaturalnie nagięty pod jedną osobę.
Oczywiście, że tak! Wszystko zależy od tego, jaki jest cel opowieści. Istnieją genialne przykłady dzieł, w których absolutna potęga bohatera jest punktem wyjścia do głębszych rozważań.
Termin ten pochodzi z 1973 roku z parodystycznego opowiadania „A Trekkie's Tale”, napisanego przez Paulę Smith. Autorka chciała wyśmiać powtarzający się schemat w amatorskich opowiadaniach ze świata Star Trek, gdzie młodziutkie bohaterki (często będące alter ego autorek) wchodziły na pokład Enterprise, błyskawicznie ratowały załogę, romansowały z kapitanem Kirkiem i okazywały się lepsze we wszystkim od wyszkolonych oficerów – oczywiście bez żadnego wysiłku.
Jeśli autor decyduje się na bohatera, który „może wszystko”, musi przenieść ciężar opowieści z pytania „czy mu się uda?” na pytanie „jakim kosztem?” lub „co z tym zrobi?”.
Podsumowując, sformułowanie, że postać może zrobić wszystko bez wysiłku, oznacza usunięcie tradycyjnych barier stojących na drodze do celu. Może to prowadzić do powstania płytkiej i nudnej historii, ale w rękach sprawnego twórcy staje się fascynującym studium natury mocy, odpowiedzialności i samotności, jaka wiąże się z byciem absolutnie wyjątkowym.