Gość (37.30.*.*)
Kiedy myślimy o zespole rockowym lub popowym, przed oczami niemal natychmiast pojawia się konkretny obraz: perkusista z tyłu, basista i gitarzysta po bokach, a na środku charyzmatyczny wokalista. Ten model stał się absolutnym standardem w świecie muzyki rozrywkowej, ale nie pojawił się znikąd. Choć trudno wskazać jedną osobę, która pewnego ranka obudziła się i zapisała ten schemat w konstytucji muzyki, historycy są zgodni – kluczową postacią, która spopularyzowała i „ustaliła” ten klasyczny skład, był Buddy Holly.
Wraz ze swoim zespołem The Crickets w drugiej połowie lat 50. XX wieku, Holly wprowadził format: gitara prowadząca, gitara rytmiczna (często obsługiwana przez wokalistę), gitara basowa i perkusja. Zanim to nastąpiło, scena muzyczna wyglądała zupełnie inaczej.
Zanim Buddy Holly stał się gwiazdą, w muzyce popularnej królowały big-bandy, orkiestry lub składy zdominowane przez instrumenty dęte i fortepian. Nawet wczesny rock and roll w wydaniu Elvisa Presleya czy Little Richarda mocno opierał się na brzmieniu pianina lub saksofonu.
Buddy Holly dokonał jednak czegoś przełomowego. Zrezygnował z rozbudowanej sekcji dętej i postawił na surowe, elektryczne brzmienie strun. To właśnie The Crickets pokazali światu, że cztery osoby wystarczą, by wypełnić dźwiękiem całą salę koncertową i stworzyć pełnowartościowe nagranie studyjne. Ich sukces stał się bezpośrednią inspiracją dla młodych chłopaków z Liverpoolu – The Beatles – którzy nie tylko zapożyczyli od nich nazwę (owady: Crickets – Świerszcze, Beatles – Żukowie), ale też przejęli ten konkretny model składu, cementując go w historii na kolejne dekady.
Wybór gitary, basu i perkusji nie był dziełem przypadku. Stały za tym konkretne powody praktyczne, ekonomiczne i brzmieniowe, które idealnie wpisały się w czasy powojennej rewolucji technologicznej.
Kluczowym czynnikiem była elektryfikacja instrumentów. Przed erą wzmacniaczy gitara była instrumentem cichym, ginącym w huku sekcji dętej. Dzięki Leo Fenderowi i jego wynalazkom, takim jak gitara Telecaster czy pierwszy masowo produkowany bas elektryczny (Fender Precision Bass), mały zespół mógł grać tak głośno, jak cała orkiestra. Gitara basowa zastąpiła wielki i nieporęczny kontrabas, co pozwoliło muzykom na większą mobilność.
Z perspektywy menedżerów i samych muzyków, czteroosobowy skład był po prostu tańszy. Łatwiej było zmieścić cztery osoby i ich sprzęt do jednego vana niż przewozić kilkunastoosobowy big-band. Mniejsza liczba członków oznaczała również większy podział zysków z koncertów dla każdego z nich.
Z punktu widzenia akustyki, ten skład jest niemal idealny:
Warto wspomnieć, że w najwcześniejszych składach rockandrollowych zamiast gitary basowej często słyszeliśmy kontrabas. Przejście na „bas w formie gitary” było rewolucją nie tylko brzmieniową, ale i wizualną. Basista przestał być statyczną postacią schowaną za wielkim pudłem rezonansowym, a stał się pełnoprawnym showmanem, który mógł biegać po scenie na równi z gitarzystą.
Mimo ekspansji muzyki elektronicznej i syntezatorów, klasyczny kwartet (lub trio z wokalistą-instrumentalistą) wciąż pozostaje złotym standardem. Od Led Zeppelin, przez Queen, aż po współczesne kapele indie-rockowe – schemat Buddy’ego Holly’ego przetrwał próbę czasu, bo oferuje idealny balans między prostotą a potęgą brzmienia. To zestawienie instrumentów pozwala na niemal nieograniczoną ekspresję, pozostając jednocześnie wystarczająco przejrzystym, by każdy instrument miał swoje miejsce w miksie.