Gość (37.30.*.*)
Morze od zawsze fascynowało, ale i przerażało. Dla dawnych marynarzy nie było ono miejscem wakacyjnego wypoczynku, lecz wymagającym środowiskiem pracy, gdzie rytm dnia wyznaczały fale i ciężki fizyczny wysiłek. To właśnie z tej potrzeby synchronizacji i wspólnego działania narodziły się najstarsze pieśni żeglarskie, które dziś znamy jako szanty. Choć kojarzą nam się z radosnym śpiewaniem przy ognisku, ich historia jest znacznie głębsza i sięga setek lat wstecz.
Trudno wskazać jedną, konkretną datę powstania pierwszej pieśni żeglarskiej. Wiadomo jednak, że rytmiczne okrzyki i zaśpiewy towarzyszyły żeglarzom już w starożytności. Wioślarze na galerach egipskich, greckich czy fenickich potrzebowali wspólnego tempa, aby wiosła nie plątały się ze sobą, a statek płynął prosto. Wtedy nie były to jeszcze rozbudowane melodie, jakie znamy dzisiaj, ale raczej rytmiczne zawołania, często nadawane przez bębniarza lub wyznaczonego „przodownika”.
Prawdziwy rozwój pieśni pracy na morzu nastąpił jednak w późnym średniowieczu i renesansie. Jednym z najstarszych zachowanych zapisów, który wspomina o śpiewach marynarzy, jest szkockie dzieło „The Complaynt of Scotland” z 1549 roku. Autor opisuje w nim techniki żeglarskie i wymienia konkretne okrzyki, które towarzyszyły wciąganiu kotwicy czy stawianiu żagli. To dowód na to, że już w XVI wieku istniał rozwinięty system komunikacji muzycznej na pokładzie.
Wśród badaczy folkloru morskiego za jedną z najstarszych szant uznaje się „Haul on the Bowline”. Jej korzenie mogą sięgać nawet czasów panowania Henryka VIII (XVI wiek). Była to typowa szanta krótkiego liny (short-haul shanty), używana przy pracach wymagających nagłego, mocnego szarpnięcia. Tekst był prosty, a kluczowy moment przypadał na ostatnie słowo, kiedy to wszyscy marynarze jednocześnie napinali mięśnie.
Innym przykładem bardzo starej pieśni, choć o nieco innym charakterze, jest „Spanish Ladies”. Choć jej najbardziej znana wersja pochodzi z okresu wojen napoleońskich, uważa się, że jej melodia i struktura są znacznie starsze. To pieśń drogi, opowiadająca o powrocie brytyjskich marynarzy z Hiszpanii do Anglii, wymieniająca kolejne punkty nawigacyjne na kanale La Manche.
Warto zrozumieć, że szanta nie była rozrywką. Na dawnych żaglowcach załogi były często nieliczne w stosunku do ogromu pracy, jaką trzeba było wykonać. Podniesienie kotwicy ważącej kilka ton czy napięcie ciężkich, mokrych żagli wymagało idealnej synchronizacji. Szanta pełniła rolę metronomu:
Choć najstarsze pieśni mają korzenie europejskie, to, co dzisiaj nazywamy klasyczną szantą, ukształtowało się w XIX wieku. To wtedy nastąpił prawdziwy boom na pieśni pracy, a ogromny wpływ na ich brzmienie mieli czarnoskórzy marynarze z Karaibów i południowych stanów USA. To oni wprowadzili do szant strukturę „call and response” (zawołanie i odpowiedź), która wywodzi się z pieśni pracujących na plantacjach bawełny.
Dzięki temu szanty stały się bardziej melodyjne i rytmiczne. Marynarze różnych narodowości, stłoczeni na jednym statku, wymieniali się melodiami, tworząc unikalny, międzynarodowy miks kulturowy.
Etymologia słowa „shanty” (lub „chantey”) nie jest do końca jasna, co dodaje tym pieśniom aury tajemniczości. Istnieją dwie główne teorie:
Dziś najstarsze pieśni żeglarskie rzadko pełnią swoją pierwotną funkcję – silniki diesla zastąpiły mięśnie marynarzy, a stalowe liny nie wymagają już rytmicznego „heja-ho”. Jednak tradycja przetrwała w formie festiwali i ruchu szantowego. W Polsce szanty cieszą się wyjątkową popularnością, choć często mylimy je z „piosenkami żeglarskimi” (utworami autorskimi o tematyce morskiej).
Prawdziwa, stara szanta to surowy rytm, krótki tekst i ogromna dawka historii ukrytej w każdym takcie. Słuchając takich utworów jak „South Australia” czy „The Wellerman” (który niedawno stał się hitem internetu, choć technicznie jest pieśnią wielorybniczą, a nie szantą pracy), dotykamy dziedzictwa ludzi, dla których ocean był całym światem.
Warto pamiętać, że każda z tych pieśni była kiedyś narzędziem przetrwania. Bez nich wielkie odkrycia geograficzne i rozwój handlu morskiego mogłyby wyglądać zupełnie inaczej. Szanty to nie tylko muzyka – to dźwiękowy zapis trudu, braterstwa i potęgi ludzkiego głosu w starciu z żywiołem.