Gość (37.30.*.*)
Kiedyś sprawa była prosta: kończysz 18 lat, odbierasz dowód osobisty i z automatu stajesz się dorosły. Społeczeństwo oczekiwało, że w tym wieku będziesz już wiedzieć, co chcesz robić w życiu, a niedługo potem założysz rodzinę i kupisz mieszkanie. Dzisiaj ten model odchodzi do lamusa. Coraz częściej mówimy o koncepcji „ruchomej pełnoletności” lub „stającej się dorosłości” (ang. emerging adulthood), która sugeruje, że przejście między dzieciństwem a pełną dojrzałością to nie skok na głęboką wodę, ale długi, często chaotyczny proces.
Pojęcie to wprowadził do psychologii Jeffrey Arnett na początku XXI wieku. Zauważył on, że okres między 18. a mniej więcej 29. rokiem życia stał się odrębnym etapem rozwoju człowieka. To czas, w którym nie jest się już nastolatkiem, ale nie czuje się jeszcze „pełnoprawnym” dorosłym.
Współcześni dwudziestolatkowie często żyją w zawieszeniu. Z jednej strony mają ogromną wolność, z drugiej – brak stabilizacji finansowej i emocjonalnej. Ruchoma pełnoletność to stan, w którym granice dojrzałości przesuwają się w zależności od indywidualnych doświadczeń, a nie od daty urodzenia.
Arnett wyróżnił pięć głównych filarów, które definiują ten specyficzny czas w życiu człowieka. Zrozumienie ich pozwala lepiej pojąć, dlaczego dzisiejsi młodzi ludzie tak bardzo różnią się od swoich rodziców w ich wieku.
To czas intensywnego szukania odpowiedzi na pytanie: „Kim jestem?”. Dotyczy to zarówno sfery zawodowej, jak i relacji międzyludzkich czy światopoglądu. Młodzi ludzie testują różne ścieżki, zmieniają kierunki studiów i sprawdzają, co do nich pasuje.
Częste przeprowadzki, zmiany pracy, rozstania i powroty – to codzienność osób w fazie emerging adulthood. Brak stałego punktu zaczepienia jest wpisany w ten etap rozwoju.
Nie chodzi tu o egoizm, ale o brak zobowiązań wobec innych. Zanim pojawią się dzieci, kredyt hipoteczny czy konieczność opieki nad starszymi rodzicami, młodzi ludzie mają czas, by skupić się na własnym rozwoju i potrzebach.
Zapytani o to, czy czują się dorośli, większość dwudziestolatków odpowiada: „I tak, i nie”. Czują się dorośli w sytuacjach wymagających odpowiedzialności, ale wciąż identyfikują się z młodością i brakiem doświadczenia życiowego.
Mimo trudności, jest to okres wielkich nadziei. Większość osób wierzy, że uda im się osiągnąć sukces, znaleźć miłość życia i żyć lepiej niż ich rodzice. To czas, w którym jeszcze „wszystko jest możliwe”.
Debata na temat ruchomej pełnoletności skupia się na tym, co tak naprawdę czyni nas dorosłymi. Tradycyjne wskaźniki socjologiczne, tzw. „Wielka Piątka” (ukończenie szkoły, opuszczenie domu rodzinnego, niezależność finansowa, małżeństwo i rodzicielstwo), tracą na znaczeniu. Jakie kryteria bierze się pod uwagę dzisiaj?
Istnieje kilka powodów, dla których stajemy się dorośli później niż nasi przodkowie. Po pierwsze, gospodarka oparta na wiedzy wymaga dłuższego kształcenia. Studia, staże i kursy sprawiają, że realne wejście na rynek pracy następuje około 25. roku życia lub później.
Po drugie, nastąpiła rewolucja kulturowa. Małżeństwo i dzieci nie są już postrzegane jako jedyny słuszny cel życia, a raczej jako jedna z wielu opcji, którą można odłożyć w czasie. Dodatkowo, współczesna medycyna i technologia pozwalają nam dłużej cieszyć się zdrowiem i młodością, co zmniejsza presję na szybkie „ustatkowanie się”.
Współczesne badania neurobiologiczne wspierają koncepcję ruchomej pełnoletności. Okazuje się, że ludzki mózg, a konkretnie kora przedczołowa odpowiedzialna za planowanie, kontrolę impulsów i podejmowanie decyzji, kończy swój proces kształtowania się dopiero około 25. roku życia. Z biologicznego punktu widzenia osiemnastolatek jest więc wciąż w fazie intensywnej przebudowy „centrum dowodzenia”.
W debacie publicznej często pojawiają się głosy krytyczne, mówiące o „pokoleniu płatków śniegu” czy „wiecznych dzieciach”. Jednak socjolodzy i psycholodzy podkreślają, że emerging adulthood to naturalna adaptacja do zmieniającego się świata. Dłuższy okres przygotowania do dorosłości może skutkować bardziej świadomymi wyborami życiowymi, trwalszymi związkami i lepszym dopasowaniem zawodowym w przyszłości.
Zamiast patrzeć na to zjawisko jako na kryzys dojrzałości, warto widzieć w nim szansę na lepsze poznanie siebie w świecie, który oferuje nam więcej możliwości niż kiedykolwiek wcześniej.