Gość (37.30.*.*)
Pojęcie „luki w dojrzałości” (ang. maturity gap) coraz częściej pojawia się w dyskusjach socjologów, psychologów, a nawet prawników. Odnosi się ono do zjawiska, w którym rozwój biologiczny i intelektualny młodych ludzi nie idzie w parze z ich dojrzałością społeczną i ekonomiczną. W efekcie mamy do czynienia z osobami, które według dowodu osobistego są dorosłe, ale w rzeczywistości pozostają silnie zależne od rodziców. Czy rozwiązaniem tego problemu mogłaby być „ruchoma pełnoletność”? To koncepcja kontrowersyjna, ale oparta na konkretnych argumentach.
Zjawisko to zostało spopularyzowane m.in. przez psycholog Terrie Moffitt. Zauważyła ona, że we współczesnym społeczeństwie okres dojrzewania biologicznego zaczyna się wcześniej niż kiedyś, natomiast wejście w role dorosłe (praca, własne mieszkanie, założenie rodziny) następuje znacznie później.
Ta „luka” sprawia, że młodzi ludzie czują frustrację – biologicznie są gotowi do działania, ale system społeczny i ekonomiczny trzyma ich w roli „wiecznych nastolatków”. Postulat wprowadzenia ruchomej pełnoletności ma na celu zsynchronizowanie statusu prawnego z faktyczną sytuacją życiową jednostki.
Propozycja, o której wspomniano, opiera się na trzech fundamentach, które miałyby zastąpić sztywną granicę 18 lat. Przyjrzyjmy się im bliżej:
Oprócz trzech wymienionych warunków, w debatach akademickich i społecznych pojawiają się również inne propozycje, które mogłyby definiować „nową dorosłość”:
Współczesna neuronauka wskazuje, że kora przedczołowa mózgu, odpowiedzialna za planowanie, kontrolę impulsów i ocenę ryzyka, rozwija się w pełni dopiero około 25. roku życia. Niektórzy postulują więc, by pewne przywileje (np. dostęp do bardzo wysokich kredytów czy specyficznych uprawnień zawodowych) były uzależnione od osiągnięcia tego wieku lub przejścia testów predyspozycji.
Pojawiają się głosy, że pełnoletność nie powinna być „prezentem od kalendarza”, lecz statusem, na który trzeba zapracować, wykazując się znajomością prawa i zasad funkcjonowania państwa. Miałoby to przypominać egzamin na prawo jazdy – zanim dostaniesz „klucze do państwa” (prawo wyborcze, pełna zdolność do czynności prawnych), musisz udowodnić, że znasz zasady ruchu.
Innym pomysłem jest wymóg odbycia określonej liczby godzin pracy na rzecz społeczności lokalnej. Ma to budować poczucie odpowiedzialności za dobro wspólne, co jest kluczową cechą dojrzałego obywatela.
Choć argumenty o luce w dojrzałości są merytoryczne, wprowadzenie ruchomej granicy dorosłości rodzi ogromne wyzwania prawne i etyczne. Przede wszystkim uderzałoby to w osoby z uboższych rodzin, które ze względów ekonomicznych nie mogą pozwolić sobie na szybką wyprowadzkę od rodziców, mimo że psychicznie są w pełni dojrzałe.
Ponadto, prawo ceni sobie przewidywalność. Sztywna granica 18 lat, choć niedoskonała, pozwala państwu jasno określić, kto podlega pod jaki kodeks. Ruchoma pełnoletność mogłaby doprowadzić do chaosu, w którym dwaj rówieśnicy mieliby zupełnie inne prawa tylko dlatego, że jeden z nich zarabia więcej od drugiego.
Warto pamiętać, że sztywna granica 18 lat jest stosunkowo nowym wynalazkiem zachodniej cywilizacji. W wielu kulturach tradycyjnych dorosłość nabywało się poprzez rytuały przejścia (inicjację), które nie miały nic wspólnego z wiekiem, a jedynie z wykazaniem się konkretnymi umiejętnościami – np. przetrwaniem w dziczy czy wykazaniem się odwagą. W pewnym sensie postulat ruchomej pełnoletności jest powrotem do idei, że dorosłość to stan ducha i umiejętności, a nie liczba w metryce.
Obecnie luka w dojrzałości jest faktem społecznym, z którym mierzy się pokolenie Z i Millenialsi. Czy rozwiązaniem jest zmiana prawa? Na ten moment większość państw skłania się raczej ku edukacji i wspieraniu samodzielności młodych, niż ku drastycznym zmianom w definicji pełnoletności. Niemniej jednak, dyskusja o tym, kiedy naprawdę stajemy się dorośli, pozostaje jednym z najciekawszych wyzwań współczesnej socjologii.