Gość (37.30.*.*)
Pojęcie „luki w dojrzałości” coraz częściej pojawia się w debatach publicznych, łącząc psychologię, neurobiologię i prawo. Chodzi o rozbieżność między momentem, w którym młody człowiek staje się biologicznie zdolny do pewnych zachowań (np. prokreacji czy podejmowania ryzyka), a momentem, w którym jego mózg – szczególnie kora przedczołowa odpowiedzialna za planowanie i kontrolę impulsów – osiąga pełną dojrzałość. Ta ostatnia faza następuje zazwyczaj dopiero około 25. roku życia. W obliczu tych faktów naukowych, propozycje zmian w prawie stają się przedmiotem gorących dyskusji.
Pierwsza z propozycji, zakładająca uznanie pełnej dojrzałości już w wieku 13–14 lat, wydaje się najbardziej kontrowersyjna i najmniej zakorzeniona w obecnej wiedzy o rozwoju człowieka. Choć historycznie w wielu kulturach moment dojrzewania płciowego był tożsamy z wejściem w dorosłość, współczesny świat jest znacznie bardziej skomplikowany.
Dzisiejsze społeczeństwo wymaga od dorosłych umiejętności abstrakcyjnego myślenia, długofalowego planowania i zarządzania emocjami w sposób, który dla trzynastolatka jest biologicznie niemal nieosiągalny. Wprowadzenie tak niskiego progu pełnoletności mogłoby narazić młode osoby na ogromną eksploatację i zmusić je do podejmowania decyzji (finansowych, matrymonialnych czy zawodowych), których skutków nie są w stanie przewidzieć.
Druga opcja to model hybrydowy: karzemy jak dorosłych już 13-latków, ale prawa dajemy im dopiero w wieku 26 lat. To podejście opiera się na surowej prewencji, ale budzi ogromne wątpliwości etyczne i prawne.
Z jednej strony, zwolennicy twierdzą, że wczesna odpowiedzialność karna mogłaby odstraszać od przestępczości nieletnich. Z drugiej strony, system prawny opiera się na równowadze między obowiązkami a prawami. Pozbawienie człowieka możliwości decydowania o sobie (np. głosowania, zawierania umów) przy jednoczesnym stosowaniu wobec niego najsurowszych rygorów karnych tworzy obywatela „drugiej kategorii”. Co więcej, badania nad mózgiem wskazują, że surowe kary więzienia wobec osób, których układ nerwowy wciąż się kształtuje, rzadko prowadzą do resocjalizacji, a częściej do trwałej kryminalizacji.
Trzecia propozycja zyskuje coraz większe poparcie wśród neurobiologów. Skoro wiemy, że mózg „kończy się budować” około 25. roku życia, to przesunięcie granicy pełnoletności na 21. lub 25. rok życia wydaje się logicznym krokiem ochronnym.
Argumenty za tym rozwiązaniem:
Jednak przeciwnicy zauważają, że w dzisiejszym świecie 18-latkowie są już często aktywni zawodowo, zakładają firmy i chcą mieć wpływ na politykę. Odebranie im praw wyborczych mogłoby doprowadzić do buntu pokoleniowego i poczucia niesprawiedliwości.
Czwarta opcja to rozwiązanie, które funkcjonuje już w niektórych krajach, np. w USA (gdzie alkohol dostępny jest od 21. roku życia). Polega ono na utrzymaniu obecnego progu pełnoletności (18 lat) dla większości praw cywilnych, ale wprowadzeniu restrykcji na substancje psychoaktywne do czasu pełnego uformowania się mózgu.
To podejście wydaje się najbardziej pragmatyczne. Uznaje ono podmiotowość młodego człowieka (może głosować, pracować, brać ślub), ale jednocześnie chroni jego zdrowie fizyczne i neurologiczne przed substancjami, które w młodym wieku sieją największe spustoszenie w układzie nagrody.
Badania przy użyciu rezonansu magnetycznego (MRI) wykazały, że mielinizacja (proces usprawniania połączeń nerwowych) w korze przedczołowej kończy się właśnie w połowie trzeciej dekady życia. To ta część mózgu odpowiada za „hamulec bezpieczeństwa” – pozwala nam powiedzieć „nie”, gdy impuls podpowiada coś ryzykownego.
Wybór jednej z tych dróg zależy od tego, co jako społeczeństwo uznamy za priorytet: czy jest to wolność jednostki i jej szybka samodzielność, czy może ochrona przed błędami młodości wynikającymi z biologii.
Obecnie większość państw skłania się ku utrzymaniu granicy 18 lat jako kompromisu, jednak coraz częściej słyszy się o potrzebie „stopniowanej dorosłości”. Nie jest wykluczone, że w przyszłości prawo będzie bardziej elastyczne, dostosowując przywileje i obowiązki do rzeczywistego tempa rozwoju ludzkiego organizmu, zamiast opierać się na jednej, sztywnej dacie w kalendarzu.